sobota, 3 listopada 2012

O zadaniach frontu narodowego


Tekst ukazał się również na http://drogafanatyka.pl 
------------------------------------------------------

Chciałbym, abyśmy na początku cofnęli się o prawie dwieście lat. Rok temu upadło powstanie zwane powszechnie listopadowym. Adam Mickiewicz, który ma trzydzieści cztery lata,  pisze i wydaje trzecią część dramatu pt „Dziady”.  Przedstawia w nim sytuację panującą na terenach dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów, z naciskiem na Litwę, w której krwawą ręką rządzi namiestnik cara Mikołaja I, senator Nowosilcow. Dramat polskiego wieszcza opisuje cierpienia, jakich doznaje młode pokolenie narodu polskiego. – aresztowania, śledztwa, tortury i zsyłki.
Wtedy zadaniem młodych Polaków była walka o odzyskanie własnego kraju i możliwości stanowienia samemu o sobie. Krótko przed wybuchem powstania listopadowego, Adam Mickiewicz zaszyfrował sposób walki z zaborcą w swoim „Konradzie Wallenrodzie”, propagując walkę „lisią”, ponieważ na walkę „lwią” nie było środków. Niestety, mądrość zawarta w tym utworze nie została odpowiednio odczytana i wykorzystana, a por. Piotr Wysocki pamiętnego roku 1830 poprowadził podchorążych na Belweder.  Nie zamierzam dywagować na temat, czy powstanie było dobrym pomysłem, czy to była psychologiczna konieczność, czy kolejne oddanie pod nóż polskich elit. Chcę jedynie udowodnić, iż tamto pokolenie – tak jak wszystkie pokolenia żyjące w ojczyźnie zniewolonej, wiedziały o konieczności walki o zrzucenie jarzma zaborcy.
Dzięki takiej niezłomnej postawie i pewnym historycznym wydarzeniom, po 123 latach Polska znów wróciła na mapy polityczne jako odrębny kraj. Rok 1918 przyjmuje się za początek suwerennego państwa polskiego. Znów nie chcę prawić szkolnych banałów, o przekazaniu Piłsudskiemu władzy wojskowej, tworzeniu rządu oraz wycofywaniu się obcych wojsk. To inna historia, którą prawdopodobnie większość czytelników doskonale zna. Idźmy dalej.
Z powodu późniejszych złych wyborów Marszałka, sytuacji politycznej w Europie, sprzysiężeniu nazistowskiej Rzeszy z bolszewickim ZSRR, Polska po raz kolejny znalazła się między Scyllą a Harybdą. Niespełna sześć lat po wybuchu II Wojny Światowej, zostaliśmy po raz drugi sprzedani przez Brytyjczyków.  W Jałcie. Wojna została oficjalnie zakończona uściskiem ręki trzech grubych panów, tymczasem Polaków cały czas wywożono w głąb Rosji. W lasach niezłomni partyzanci walczyli aż do 1963 roku, kiedy to zabito ostatniego „zaplutego karła reakcji”, Józefa Franczaka.  Trzy dekady później objawił się  nowy, po Piłsudskim, „wybawiciel” – Lech Wałęsa. Ponownie symboliczny uścisk dłoni, a właściwie symboliczna flaszka wypita w Magdalence(choć bardziej wskazana byłaby tu liczba mnoga), otworzyła nową epokę – Polski już nie socjalistycznej, lecz kapitalistycznej. W takim to kapitaliźmie żyjemy po dziś dzień.
Tamte pokolenia, urodzone między latami  1795-1918 i 1939-89, walczyły o wolny kraj.  Pomimo ich starań, znaczna część żyjących współcześnie między Odrą a Wisłą ciągle NIE JEST ZADOWOLONA. Dlaczego?
Być może dlatego, że niepodległość kraju to nie wszystko. Suwerenność jest bardzo ważna, lecz dla mnie równie ważne jest naród, powoli tonący w bagnie zepsucia moralnego oraz zatracający swoją tożsamość i kulturę. Zatem jakie cele postawić sobie może front narodowy, który najbardziej troszczy się o losy swej ojczyzny?
Wielu uważa, iż najważniejsza jest zmiana osób rządzących, zaś mądrzejsi mówią o zmianie ustroju. Zgoda. To w jakimś stopniu uzdrowi nasz coraz bardziej śmieszny i chory kraj.  
Lecz według mnie ważniejsza jest walka, którą każdy z nas prowadzi dzień w dzień – walka z samym sobą, ze swoimi słabościami: nałogami, chamstwem, ignorancją. Bo jeśli Bóg da, że właśnie nam przyjdzie budować nową Polskę, w której każdy może być szczęśliwy, to cóż stworzymy? Fundamentem musi być wiara, dobroć, prawo oparte na prawie rzymskim i etyce katolickiej. W przeciwnym razie, to co stworzymy nieprzetrwa naporu wszechogarniającego zepsucia – będzie niczym biblijny dom postawiony na piasku.
Boli mnie, iż wśród kibiców – „siły narodu”, uczestników wszystkich wydarzeń patriotyczno-rocznicowych – coraz częściej widać zachowania niegodne. Nie mówię tu o jednym konkretnym wydarzeniu, ale o życiu przeciętnego kibica, zajmującego „Żylety” i „Młyny”. Mówię opierając się na przykładzie kibiców Legii, bo z nimi, jako mieszkaniec stolicy, najczęściej się stykam. Znaczną ich część stanowią osiedlowi dresiarze. Nazwę ich tak, abyście wiedzieli o kogo chodzi. To iż ktoś chodzi w dresie, nie ma żadnego znaczenia.  Zazwyczaj są to ludzie wulgarni, prości, by nie rzecz – prostaccy, którzy niewiele sobą reprezentują. Osoby kierujące fanclubami oraz organizacjami ultrasów, powinny wziąć to pod rozwagę, aby taki stan rzeczy długo się nie utrzymywał. Coraz więcej kibiców zaczyna się interesować historią, co cieszy. Żywię nadzieję, iż kibice zaczną odbudowywać w sobie tożsamość narodu polskiego, w oparciu o jego wysoką kulturę zakorzenioną w ponad tysiącletniej historii. Wołając za testamentem rotmistrza Pileckiego - twórzmy Komitety Odbudowy Ducha Narodu Polskiego!
- Proszę Pana, ale jak tu żyć? Jak sprawić żeby było lepiej?
- Bardzo prosto. Pan zmieni siebie, ja siebie i już będzie trochę lepiej.
02.11.2012 r.

poniedziałek, 29 października 2012

Dwa pytania

Wypocin ciąg dalszy. Przepraszam.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dwa pytania

siedemnaście lat po mojej śmierci
ukończyłem moją czyśćcową pielgrzymkę
i znalazłem się w niebie

wbrew temu co mówili na ziemi istnieje tu czas
tyle że szczęśliwi go nie liczą

tu jest trochę inaczej niż nam mówiono
owszem nie trudno być szczęśliwym
gdyż życie płynie beztrosko

ja jednak cały czas błąkam się
i szukam
szukam swojego szczęścia

***

ostatnio zapisałem się na konfrontację twarzą w twarz z Bogiem
każdemu przysługuje takie prawo
musi tylko poczekać w kolejce
zapisy przyjmuje Urząd Aniołów do Spraw Ziemskich Obietnic

stojąc przed Stwórcą można zadać mu dwa pytania
po dziesięciu lat poszukiwań zdecydowałem się na taki krok

Nie pozostaje mi nic innego
przemierzyłem rajską rzeczywistość z końca do końca
szukałem pośród
Kurdów liberałów praworęcznych murzynów i eskimosów
bez skutku

Gdy stanę przed nim zadam dwa pytania:
- co jeśli jedyna osoba z którą mogę być szczęśliwy nie będzie zbawiona?
- co jeśli ta osoba będzie szczęśliwa z innym?


Warszawa, 28.10.2012 r

sobota, 13 października 2012

Postęp

Do tomiku.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Postęp

Osiągamy coraz większe prędkości
stramy się robić wszystko wydajniej
zmieniać na jeszcze lepsze

tymczasem ludzie żyjący w miastach
wciąż oddychają zatrutym powietrzem

Strzelamy celniej strzelamy dalej
burzymy wszystko jednym wystrzałem
co chwila ktoś inny w krótszym czasie ucieka

tymczasem warto na chwilę refleksji
co się stało z godnością człowieka?

Trudno opędzić się od znajomych
kontaktujemy się non-stop ze sobą
bo są komórki internet ulotny

tymczasem często słychać o ludziach
żyła - samotna umarł - samotny

Słyszymy w telewizji o kolejnym złym człowieku
dyktatorze uzurpującym władzę
zapewne nie ominie go kara surowa

tymczasem strzelają mu prosto w serce
wojna? nie - misja pokojowa

Zwyciężamy na coraz to nowych polach
nauki postępu techniki ciemnoty
rozpędza się ciągle cywilizacji pociąg

tymczasem zapominamy wzmocnić tory
które są zwykłą, międzyludzką dobrocią

Te tory próchnieją sypią się powoli
trzyma je chyba Boska opatrzność
kawałki nawet trochę rdzewieją

tymczasem pociąg się wykolei
naszą ostatnią ludzką nadzieją

13.10.2012 r

czwartek, 27 września 2012

Z zemsty #11

***
Ostatnimi czasy polubiłem Ramiro. Myślę, że on też odnalazł się w nowej sytuacji. Trochę mi go szkoda, bo gdybym ja miał tyle forsy, na pewno nie spędzał bym całego dnia za biurkiem. Cóż. Różni są ludzie. Coraz częściej zachodzę pod Wesołego Wisielca, aby pogadać z Estebanem. Zaś nocami tęsknię do brunetki, którą tam widziałem. Niejednokrotnie wypytywałem sympatycznego grubasa zza lady, kim ona może być. Zawsze słyszę tą samą odpowiedź: nikt jej tu nie zna, nigdy przedtem tu nie była, tak w ogóle mało kto wie o kogo pytam. Mimo to, w każdej wolnej chwili odpalam fejsbuka i szukam, cały czas szukam. Może kiedyś będzie mi dane znaleźć.

Jose Antonio, nasz szperacz numer dwa, wygrzebał niemały talent z Wysp Brytyjskich. Ów talent był aktualnie bez klubu, więc po rozmowie telefonicznej zgodził się przyjechać na testy. Już po pierwszym treningu, na którym Jamil Adam zapierdzielał aż miło, postanowiłem podpisać z nim kontrakt. Ma nam dać młodość, technikę i wytrzymałość w ataku. Póki co będzie musiał się zadowolić rolą jokera.

Remis z Zamorą przyszedł w najgorszym możliwym momencie, bo przed arcyważnym spotkaniem o pozycję lidera z Realem Union - klubem, który jako jedyny z całej ligi wydawał mi się poza zasięgiem. Pierwszy mecz ligowy mieliśmy zagrać u siebie, na Munipical Anduva. Na ten mecz został sprzedany komplet biletów. Ja jako jedyny przewidywałem, iż wynik może zadecydować o mistrzostwie, bo media nie brały nas za kandydatów nawet do awansu. Szczególnie zależało mi na zdominowaniu środka pola tak aby Gorka Brit, jeden z najlepszych zawodników naszej ligi, był odcięty od podań. Dlatego wyjściowa jedenastka wyglądała tak:

Nauzet - Iñaki Garmendia, Álvaro Corral, Aitor Blanco, Iñigo Sarasola (k) - César Caneda, Natxo Garro, Víctor Ormazábal('73-> Jamil Adam) - Ander Lambarri, Mono, Haritz Mujika

Już od pierwszych minut udało się przejąć kontrolę nad meczem. Dokładnie rozgrywaliśmy piłkę, lecz za każdym razem brakowało ostatniego podania, w skutek czego nasi napastnicy mieli mało okazji do zdobycia bramki. Dobre zawody rozgrywał Caneda, który wyłączył z gry Chuchiego - czarodzieja z Unionu. W 29 minucie z lewej strony naszego pola karnego sędzia przyznał rzut wolny dla gości, po faulu Garmendii. Wyżej wspomniany Chuchi posłał krosa w pole karne, a Garro zaspał z kryciem. Hugo stanął przed pustą bramką, a kibice przyjezdni wpadli w szał. Ja również. Niebywale głupio stracona bramka, właściwie przez chwilę nieuwagi. Może tym cechują się drużyny mistrzowskie? Potrafią wykorzystać najmniejszy Twój błąd?
W przerwie powiedział chłopakom, że grają dobrze, lecz mają zacząć stwarzać sytuacje.
Dziesięć minut po mojej przemowie wreszcie mieliśmy klarowną sytuację - sam na sam z bramkarzem wyszedł Mono, strzelił jednak za słabo i golkiper zdołał zatrzymać piłkę.
Prawie kwadrans przed końcem na boisku zameldował się nasz nowy nabytek. Zagrał przyzwoicie, ale nie miał okazji do zdobycia bramki.
Gdy sędzia zagwizdał, jeszcze nie dowierzałem. Przecież byliśmy lepsi, dominowaliśmy cały mecz, zwycięstwo się nam należało. Tymczasem przegraliśmy 0:1 i tym samym straciliśmy fotel lidera.

18.09.2011
Segunda Division Grupa 2 [4/38]
CD Mirandés 0:1 Real Union (Hugo)
MoM: Hugo 7.3 (Real Union)

Po meczu odpowiednio potrząsnąłem piłkarzami, a Realowi Union obiecałem zemstę. Liga dopiero się zaczęła, więc wyścig po mistrzostwo cały czas trwa.
                                                                           *

Dzisiaj w dobrym nastroju szedłem na przedpołudniowy trening. Wstałem skoro świt, ogoliłem się, zjadłem śniadanie, które dzisiaj pitrasił Hector i opuściłem naszą norę. Tego dnia wszystko nastrajało optymistycznie - ptaki śpiewały, drobni sklepikarze krzątali się przed swoimi straganami czekając na klientów. Nawet mijani przeze mnie gimnazjaliści uśmiechali się od ucha do ucha, gdyż tego dnia nie lekcje miały być skrócone z powodu święta. Splendoru wszystkiemu nadawało Słońce - wspaniałe, wrześniowe hiszpańskie słońce, będące dla mnie zawsze czymś bliskim, czymś, co przypomina mi codziennie swym okiem o Starym Kraju.

Gdy pojawiłem się w klubowej szatni, przebierało się tu już kilku co gorliwszych zawodników. Zerknąłem na mojego nowego rolexa, który był drogi ale miał jedną, ważną zaletę - dawał poczucie bycia kimś, wydłużał członka o dobre kilka metrów. Do treningu pozostało dziesięć minut.
Chwilę później zjawił się Humberto z wiadomością, że prezes koniecznie chce mnie widzieć w swoim gabinecie, najlepiej od razu po treningu. Uśmiechnąłem się cynicznie, lecz ze względu na obecność piłkarzy nie skomentowałem tego wyskoku Ramiro, choć miałem wielką ochotę. Zdjąłem koszulę, założyłem koszulkę polo i dres, dając znak piłkarzom do wymarszu na boisko.

Z bramkarzami jak zwykle pracował Mark. Ja z resztą sztabu poprowadziliśmy zajęcia w grupach. Najpierw rozgrzewka, rozciąganie, potem kilka ćwiczeń siłowych. Następnie każdy dostał piłkę. Zgodnie z planem, dziś wdrożyliśmy w życie nowy program - mianowicie 5 minut mniej intensywnych, po czym 2 minuty na pełnych obrotach tak aby tętno wzrosło do 120. Wszystko z piłką przy nodze. Taka zaprawa znakomicie przygotowywała naszych piłkarzy do gry w meczach toczonych w szybkim, rwanym tempie.
Na koniec podzieliłem chłopaków na cztery zespoły i zagraliśmy miniturniej. Pozytywnie wyróżnił się Jamil, strzelec siedmiu bramek. Jak łatwo się domyślić, jego drużyna wygrała.
Po treningu wziąłem prysznic. Pogadałem jeszcze chwilę z Humberto i Hectorem, a następnie udałem się do prezesa.

Wszedłem schodami na górę i przywitałem się z sekretarką, która była brzydką i aspołeczną kobietą w wieku średnim. Prezes, zgodnie ze słowami brzydkiego cerbera był u siebie. Bez zastanowienia otworzyłem drzwi.
Gabinet od czasu mojej wizyty niewiele się zmienił - tylko stos gazet na stole prezesa nieco wzrósł. Ramiro jak zwykle siedział za biurkiem, wpatrując się w ekran laptopa. Czoło przecinała mu pozioma zmarszczka, zdobiąca ową twarz od kiedy przybyłem, by wprowadzić Mirandés do Ligi Adelante. Zobaczywszy mnie, podniósł oczy znad komputera i odpowiedział na moje cyniczne "Dzień dobry, Panie Prezesie".

- Dzień dobry, Helenio. Siadaj.
Starym zwyczajem rozwaliłem się w fotelu z pogardliwym uśmiechem. Ramiro odsunął laptopa na bok i oparł brodę na łokciach, patrząc mi w oczy. Niespotykana u niego wcześniej odwaga.

- Byłem ostatnio na obradach rady miasta. Burmistrz też tam był. Chociaż zjedliśmy wspólnie obiad, nie było to dla mnie zbyt miłe spotkanie. Burmistrz wyśmiał mój, a właściwie twój plan rozbudowy stadionu, a gdy powiedziałem mu, że spodziewam się w tym roku awansu, popukał się w czoło i do końca spotkania się podśmiewał. Nie zwracał bym na to uwagi, ale miasto daje sporo pieniędzy na klub. Po twoich transferach, Helenio, nasza sytuacja finansowa prezentuje się nie najlepiej. Nie będę ukrywał, iż jesteśmy na krawędzi - albo awans albo bankructwo. Tertium non datur. Zaś jeżeli będziemy grać tak jak w poprzednich dwóch spotkaniach...
- Dosyć. - to mówiąc wstałem i już zamierzałem grubiańsko przejść do ofensywy słownej skierowanej ostrzem w burmistrza oraz prezesa. Byłbym to zrobił, ale nie wiedzieć czemu, rzuciłem okiem w stronę laptopa, stojącego teraz bokiem do mnie. Na pulpicie było niewiele plików, ale moją uwagę przykuła tapeta. Przedstawiała zgrabną brunetkę z rudymi pasemkami. Rudą, jak ją często nazywałem w myślach. Cała rzeczywistość zamieniła się w olbrzymią maczugę, wiecie, tę taką podobną do sławnego Kropidła. Kropidło spadło na moją głowę z siłą, przekraczającą dziesięciokrotnie siłę Chrzciciela.
Nie wiem jak długo stałem, bezmyślnie gapiąc się w ścianę. Przez głowę przebiegały setki myśli, a myśli biegły we wszystkich kierunkach.
- Helenio?
- Miałem na myśli dosyć tych wyników, Panie Prezesie. Chłopaki są naładowani, a wyniki przyjdą niedługo. Natomiast z tym burmistrzem pogadamy po sezonie.

Ramiro z wolna pokiwał głową, świetnie maskując zaskoczenie stylem mojej wypowiedzi. Ja zaś pożegnałem się, cichutko wyszedłem i delikatnie zamknąłem drzwi.
Następnie udałem się do domu, aby dostać zawału serca.

poniedziałek, 24 września 2012

Z zemsty #10

***

Herrera staje się nieznośny. Lubuje się w przychodzeniu co dwa dni do mojego gabinetu. Zawsze wtedy rozwala się w fotelu, zaczyna palić(nie znoszę dymu!) i za każdym razem czegoś chce. To namawia mnie, żebym mu zwiększył budżet, innym razem kręci nosem nad naszą bazą treningową, a raz nawet chciał żebym mu stadion rozbudował. Za każdym razem muszę przez średnio godzinę tłumaczyć, ile dostajemy od miasta, ile od sponsorów. Mówię także o wydatkach. Oczywiście, nauczyłem się już co należy robić, aby nie gniewać bestii. Za każdym razem gdy przychodzi, nachodzą mnie refleksje o moim dotychczasowym życiu. Życiu, które już chyba nigdy nie będzie takie jak kiedyś. Może to i lepiej? Coraz częściej uświadamiam sobie, iż tak naprawdę nigdy nie żyłem. Zawsze w pogoni za pieniędzmi, zawsze dociskając pasa, zawsze w pracy.

Herrera zaprosił mnie na mecz wyjazdowy z Zamorą. Mój stan psychiczny jest na tyle opłakany, że nie wiele myśląc postanowiłem pojechać. Przed meczem zjadłem obiad z tamtejszym prezesem, Maximino Martínem, a potem zasiedliśmy w jego loży.

Sam mecz był nudny. Siedzieliśmy milcząc, co i rusz rzucając znudzone spojrzenia na plac gry. Po pół godzinie Zamora rozegrała czwórkową akcję na prawym skrzydle. Alonso świetnie wypuścił Beltrana, a cały nasz blok defensywny zaspał. Nauzet tym razem nie miał szczęścia, bo piłka przeleciała mu między nogami. Spojrzałem obojętnie na Maximo. Przez dobrą minutę spoglądaliśmy sobie prosto w oczy, aż w końcu on wyskoczył z krzesła i drąc się skakał po całej loży. Debil.

W przerwie Helenio musiał mocno naładować chłopaków. Niestety, nie wszyscy odebrali to jak należy. Co dziwne, najmniej zrozumiał jego rodak, Martin Diaz, który w 47 minucie bez powodu wyrżnął głową w przechodzącego zawodnika gospodarzy. Co najlepsze, był zdziwiony gdy sędzia kazał mu zejść z boiska. Może w Urugwaju się takich nie gwiżdże?
Herrera natychmiast zareagował, ściągając z boiska Lambarriego. Za niego wszedł Berto i od tej pory graliśmy systemem 4-3-2.
Dziesięć minut po tych zdarzeniach, Garro wyszedł sam na sam. Golkiper odbił piłkę na bok, do swojego obrońcy. Zanim ten zdążył się obrócić, Mujika dał mu kuksańca w żebra(sędzia nic nie widział), zabrał piłkę i mocno uderzył na bramkę. 1:1.
Maximo zapytał, czy mam żyletki.
Do końca meczu nie udało nam się już nic zrobić, mimo iż na boisku pojawili się Christian i Ernesto. Nudny remis, po nudnej grze. Znów straciłem mnóstwo czasu.

Nauzet - Iñaki Garmendia, Álvaro Corral, Martín Díaz, Iñigo Sarasola (k)('78-> Ernesto) - César Caneda, Natxo Garro, Víctor Ormazábal('78-> Christian) - Ander Lambarri('48-> Berto), Mono, Haritz Mujika

11.09.2011
Segunda Division Grupa 2 [3/38]
Zamora 1:1 CD Mirandés (Beltran, MUJIKA)
'47 cz.k Diaz
MoM: Saul 7.8 (Zamora)

Cóż, może to przytrze nieco Herrerze nosa.

Z zemsty #9

Na kilka minut przed końcem Deadline Day - to jest 31 sierpnia udało nam się sprowadzić jeszcze dwóch graczy. Pierwszy był małym nieporozumieniem, gdyż po wymęczonym zwycięstwie z Gujiuelo zebrałem cały sztab i ruszyliśmy w przysłowiowy melanż. Po dwóch dobach wytężonego trucia się alkoholem i innymi używkami z Magicznej Apteczki Hectora, czułem iż udało mi się rozruszać hiszpańską część sztabu. Latynoska nie potrzebowała zachęty do zabawy - wręcz przeciwnie, trzeba ich było trzymać za mordę, aby szaleli tylko gdy czas oraz obowiązki pozwalają. Deadline Day zastał nas na ostrym kacu. Ów pierwszy, okazał się nie, jak nam podpowiadały zmęczone oczy, 26-letnim środkowym obrońcą, ale osobnikiem o 10 lat starszym. Był jeszcze wolniejszy niż Blanco i Corral. Zawód. Na szczęście, nie zapłaciliśmy ani grosza, gdyż David Charcos był do tej pory bez klubu.
Drugim zawodnikiem okazał się Christian, napastnik wypożyczony z rezerw Levante. Naprawdę nie pamiętam, po co go ściągnęliśmy. Pamiętam tylko dwóch krasnali, którzy nie dawali mi spokoju i przy każdym głośniejszym dźwięku rozłupywali coś ciężkimi, hutniczymi młotami. Szkoda, że na mojej głowie. Po prawdzie, przez kolejne dwa dni czułem się jak gówno.
Kolejnym błędem było nieodesłanie do Betisu Jose Angela, lubiącego chłopców, a także pozostawienie w drużynie takich piłkarzy jak Infante i Barahona. Pozbyliśmy się natomiast Iribasa. Badajoz zaproponował za niego spory procent z przyszłego transferu, a ja nie miałem siły się targować.

Tymczasem figlarz los skojarzył nas w Pucharze Króla ze słabiutkim Tudelano. Marzył mi się triumf w rozgrywkach ligowych, a mieliśmy zbyt krótką ławkę rezerwowych, a aby walczyć z powodzeniem na kilku frontach. Dlatego drużynę w tym spotkaniu miał poprowadzić Humberto. Oczywiście, narzuciłem mu kto ma zagrać. Cel był jasny: przegrać z honorem.
Podstawową jedenastkę stworzyli:

Bruno Costa - Iñaki Garmendia, David Charcos, Martín Díaz, Iñigo Sarasola (k) - José Ángel, Iván Agustín, Natxo Garro - Asier Barahona, Christian, Mono

Humberto sprostał pierwszemu wyzwaniu w swej menedżerskiej karierze i przegrał z honorem 2:1. W dziesiątej minucie bramkę dla nas strzelił Mono, głową przedłużając dobrą centrę Garmendii. Gola do szatni wbił nam Gonzalo, wykorzystując dośrodkowanie Jose Antonio. Prowadzenie Tudelano zapewnił Fernando Esparza, potężnie strzelając w górny róg bramki.

Copa del Rey, Pierwsza Runda
CD Mirandés 1:2 Tudelano (MONO, Gonzalo, Esparza)
MoM: Jose Antonio 8.7 (Tudelano)

piątek, 21 września 2012

Z zemsty #8

Zaledwie trzy dni później musieliśmy spełnić warunki głupawej umowy i zagrać z naszym klubem partnerskim,
CD Numancią. Rywal był zdecydowanie lepszy, a my nie weszliśmy jeszcze w okres przygotowawczy, nie mówiąc o sezonie. Tym niemniej chłopaki spięli poślady i zagrali naprawdę dobry mecz, pechowo przegrywając 1:2. Do siatki wyżej notowanych rywali trafił Mono.
Dzień po tym spotkaniu w naszym klubie pojawił się w celu podpisania kontraktu nowy zawodnik. Nazywał się Bruno Costa, był Portugalczykiem i miał nas uratować od kompromitacji w razie kontuzji Nauzeta.
Przed meczem z Cultular Leonesą, rozwiązał się natomiast problem zmienników na środek obrony. "Na telefon" udało się załatwić Berto, pryszczatego nastolatka posiadającego potencjał mniej więcej taki jak Blanco i Corral razem wzięci. Wypożyczyliśmy go ze Sportingu. Póki co Puyolem nie był, lecz obiecałem sobie, iż będę mu dawał jak najwięcej szans. Natomiast w sprowadzeniu za darmo Martina Diaza(nie mylić z Juniorem) pomógł mi Hector, którego po cichu zacząłem podejrzewać o pozamałżeńskie spłodzenie tegoż Martina. Powiedziałem, że za darmo? Ach tak racja, trzeba mu było za bilet lotniczy zapłacić.
W między czasie zagraliśmy jeszcze trzy sparingi, które były tak nudne, iż w ogóle nie powinienem o nich wspominać. Kronikarski obowiązek jednak każe:

Cultural Leonesa 1:3 CD Mirandés (Iñaki Garmendia, Haritz Mujika, Pablo Infante)
Lleida Esportiu 1:5 CD Mirandés (Ander Lambarri, Haritz Mujika, Natxo Garro, Mikel Iribas, Ramón Borrell)
Lealtad 0:4 CD Mirandés (Natxo Garro, Álvaro Corral, Ander Lambarri, Martín Díaz)

Aż nadszedł dzień ligowego debiutu z G. Do boju posłałem jedenastu moich Spartan:
Nauzet - Iñaki Garmendia, Berto , Álvaro Corral, Iñigo Sarasola - César Caneda - Mikel Martins (k), Natxo Garro - Haritz Mujika, Ander Lambarri, Mono

Mecz zaczął się dla nas dobrze. Rozgrywaliśmy płynne akcje i kreowaliśmy sytuacje bramkowe. W 14 minucie Mujika przyjął na prawym skrzydle podanie od Martinsa. Ściął do środka, minął zwodem rywala, przekraczając linię środkową. Hartiz zagrał prostopadłą piłkę do Lambarriego, który wyskoczył zza obrońców na pełnym gazie i popędził z futbolówką w stronę bramki. Wyszedł sam na sam z bramkarzem.
- Nie trafi - mruknął Humberto.
Lecz Ander tego dnia był w formie i bramkarz drużyny przeciwnej nie miał nic do powiedzenia wobec płasko uderzonej piłki, która zatrzepotała w siatce. Wyskoczyłem z ławki i przybiłem piątkę Humberto, a kilku rezerwowych przyjacielsko poklepałem po tyłku. Czułem się jak Maradona.
Po strzelonej bramce mecz się zaostrzył. Po jednym z brutalnych wślizgów z boiska znieśli Martinsa, a ja posłałem w bój Arroyo. Mujika szedł do środka pola. Z ulgą odebraliśmy gwizdek kończący pierwszą połowę.
W drugiej było jeszcze ostrzej i jeszcze nudniej. W efekcie sędzia poczęstował graczy obydwu drużyn łącznie 10 żółtymi kartkami. 1:0 udało się dowieźć do końca.

Segunda Division Grupa 2 [1/38]
Guijuelo 0:1 Mirandés (Lambarri)
MoM: Jonathan 7.6(Gujiuelo)

czwartek, 20 września 2012

Do tomiku

Kolejne dwie pozycje.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Atlantis
Każdy ma swoją Atlantydę
krainę którą przywołuje przed snem
własną wizję raju
raju utraconego

Obraz ten tkwi w podświadomości
nieustannie brzęczy z tyłu głowy
cały dzień zaś się klaruje
by przed snem był już gotowy...

Wtedy wędrówkę rozpocznij
przemierz boso świat ów daleki
każdy z nas swą ma Atlantydę
aby się tułać po niej przez wieki

Lecz widok się zmienia z rytmem
zim lata rytmem odwiecznym
czasem to to pole zimna pustynia
lecz ty się wszędzie tu czujesz bezpiecznym

Razem z krainą się zmienia muzyka
tak nieodłącznie z tym rajem związana
to słodkie na lutniach brzdąkanie
gdy na hamaku sączysz szampana

setki dźwięków
tak harmonijnie ze sobą połączone

a jeśli nie masz swego Atlantis
skieruj swe kroki w sypialni stronę


11.07.2012

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Stary zegarmistrz

W starej pracowni biją zegary
zbudził się ze snu zakurzony ich mistrz
jego udręki nie zna nikt miary
nie skrócił mu męki, jeszcze nie dziś

odpocząć mu nie dał jeszcze nie dziś,
świata i światła wielki zegarmistrz

Więc wraca do pracy, nakręca zegary
każdy z nich chodzi inaczej, jak chce
i co raz to jeden burzy ciszę

Nie skończy swej pracy
zegarów jest tysiąc
nie zdoła ich nakręcić
przez sto lat, mogę przysiąc

Więc kręci i kręci, miarowy wciąż ruch
a serce zegarów wciąż biją buch buch

odpocząć mu nie dał jeszcze nie dziś,
świata i światła wielki zegarmistrz

Tę starą balladę
powiedział mi raz
Szwed w starej pracowni
gdzie zatrzymał się czas

17.09.2012

wtorek, 18 września 2012

Z zemsty #7

***
Wraz z dniem, który miał rozpocząć nasz okres przygotowawczy przestałem pić. Po dłuższym namyślę, postanowiłem tu ściągnąć co najmniej dwóch "moich" ludzi, mających uzupełnić nasz sztab. Odpaliłem więc fejsbuka i odnowiłem znajomość z kimś ze Starego Kraju. Humberto, konkretnie Humberto Ortiz -  człowiek dzięki któremu zdobyłem wiele wiedzy taktycznej. To on wprowadził mnie w tajniki przetrwania w urugwajskich tawernach. Poza tym był świetnym towarzyszem, a w czasach gdy byłem butnym młodzieniaszkiem zawarliśmy serdeczną przyjaźń, mimo że był ode mnie wiele starszy. W CD Mirandés będzie moim asystentem. Jestem przekonany, iż jego rady będą przydatne.
Z tego samego samolotu, po który podjechałem wraz z klubowym kierowcą, wysiadł Hector Fabio Cruz - dobry znajomy Humberto, podobno doskonały lekarz. Za taką tygodniówkę w całej Hiszpanii nie udało by się znaleźć kogoś choćby w połowie tak dobrego jak on. Co mnie cieszyło, Hector zabrał pełną apteczkę. Przyjechał z Kolumbii. Już mnie ręce świerzbiły.

Na zebraniu ze sztabem szkoleniowym, do którego dołączyło jeszcze czterech miejscowych specjalistów, ogłosiłem pełną mobilizację. Premia dla tego, co znajdzie nam lewego obrońcę. Gdy spojrzałem na twarze naszych dwóch scoutów, zorientowałem się, iż poprzedni menedżer miał inne zwyczaje. Czułem, że pozyskuje sobie wierny sztab.

Nasi zwiadowcy chyba mieli sporą motywację do pracy, bo Jose Antonio już po tygodniu wleciał do mojego gabinetu w tempie finiszującego Usaina Bolta.
- Mam go szefie, mam go! - wysapał.
- Kogo?
- Obrońcę. Lewego. Gra w Leganes. 23 lata. Agresywny, szybki, potrafi odebrać.
- A jego imię to?
- Arturo. - rzekł mój scout, po czym rzucił mi na biurko raport o zawodniku.
Z niemałym zaciekawieniem przejrzałem. Gracz naprawdę był warty grzechy, gdyby nie cena. Już miałem westchnąć, lecz nie pozwolił mi na to mój drugi scout, Carlos Ballesta. Ten z kolei wpadł w tempie Robbiego Blake'a.
- Mam go szefie!
- Kogo?
- Obrońcę. Lewego. Nie gra nigdzie. Chce grać dla nas!
- Raport! - warknąłem, zirytowany użeraniem się z tymi dwoma szperaczami z Bożej łaski.
Carlos posłusznie podał mi plik papierów, traktujący o Iñigo Sarasoli. Ballesta donosił, iż mamy do czynienia z młodym, całkiem szybkim oraz dobrze przygotowanym technicznie i mentalnie zawodnikiem. Co najważniejsze, był za darmo.
- Przykro mi Jose. - powiedziałem smutnym głosem - chyba nową pralkę kupi sobie Carlos.
***
W ten sposób zespół został załatany i od tej pory naszą piętą achillesową miał być zmiennik Nazueta. Zmiennik, którego póki co nie było. W takim składzie zaczęliśmy przygotowania.

Zaczęło się od meczu z drużyną o klasę gorszą, a więc Gijón Industrial. Do boju posłałem jedenastkę w składzie:
Nazuet - Sarasola, Blanco, Corral, Garmendia - Caneda - Garro, Agustin - Mujika, Mono, Lambarri

Tylko pierwsza połowa tego spotkania była warta uwagi. Głównie ze względu na hat-trick Mujiki, a także trafienia dwóch pozostałych napastników. Po przerwie zmieniłem cały skład (oczywiście oprócz bramkarza), ponieważ słaniali się na nogach. W drugiej połowie nie padła żadna bramka Nie wydarzyło się również nic wartego choćby w zmianki. Presezon możemy uznać za rozpoczęty. Udanie.
CD Mirandés 5:0 Gijón Industrial (3x Mujika, Mono, Lambarri)
- Teraz już poleci z górki - mruknął Humberto, gdy po skończonym meczu schodziliśmy do szatni. Nawet nie przypuszczałem, że może się tak bardzo pomylić.

poniedziałek, 17 września 2012

Z zemsty #6

Oto, co przeczytałem:

BR:
Nauzet (ESP, 26)
Adrian (ESP, 23)
Tragedia. Jeśli chodzi o Nauzeta, to nic nie umie, ale ma nieprawdopodobnego farta. Mam nadzieję, że na tym farcie dojedziemy do Ligi Adelatne. Adriana nie chcę widzieć na oczy. Gdybym miał go wystawić na bramce, to już bym wolał mokry ręcznik powiesić. Sprzedać. Jak nikt nie będzie go chciał, odstrzelić.
Wniosek: Potrzebujemy bramkarza, choćby na rezerwę.

OL:
Ernesto (ESP, 21)
Od tych tobołków ze sztabu same ochy i achy jaki to ten Ernesto perspektywiczny, jaki miły chłopak, a jak ładnie śpiewa...
Banda gejów. Może i perspektywiczny, ale póki co nic nie umie.
Wniosek: Potrzebujemy obrońcy, który nam zagra cały sezon.

OŚ:
Aitor Blanco (ESP, 34)
Álvaro Corral (ESP, 28)
Obaj strasznie drewniani, ale na Segundę wystarczą. W gruncie rzeczy fajne chłopaki. Trochę powolni. Na pierwszym treningu Alvaro nie mógł znaleźć gumki do lewej getry. Twierdził, że ktoś mu zajumał. Ale nie mam mu tego za złe. W międzyczasie wypiłem flaszkę, którą przyniósł Aitor. Miły gest. Chyba liczył, że się podzielę. No cóż, pewne miejsce w klubie powinno mu zrekompensować to rozczarowanie.
Wniosek: Potrzebujemy zmienników. MŁODYCH zmienników.

OP:
Raúl García (ESP, 35)
Mikel Iribas (ESP, 23)
Iñaki Garmendia (ESP, 29)
Niby najlepszy jest Garcia, ale w pierwszym składzie zagra Garmendia, żeby nie było, że "młodzieży" nie zapewniam dobrego startu. Garmendia jest technicznie zaawansowany nieco bardziej niż kołek. Za to w młodości chyba kradł zegarki z bazarów. Dlatego potrafi szybko i przez długi czas uciekać biegać. Potrafił też kryć kolegów przed policją.
Wniosek: Iribas na sprzedaż. Nie będzie kupców, to na pluton egzekucyjny z Adrianem.

DP:
César Caneda (ESP, 33)
Mikel Martins (ESP, 28)
José Ángel (ESP, 19)
Mikel będzie kapitanem, bo umie grać jako jeden z niewielu, a ponadto jest łysy. W młodości cyganka mówiła mi, że drużyny z łysymi kapitanami są cool i wygrywają. To chyba wystarczy, no nie? Póki co, będzie grał Caneda, który potrafi też stać jako stoper, bo Martins cierpi na ból czegoś tam i nie chce trenować.
Co do Jose Angela, to od starszyzny dowiedziałem się, iż jest gejem. Normalnie bym odstrzelił, bo u nas w kraju nie uznajemy tutejszej tolerancji. Na szczęście został wypożyczony. Niech więc wraca skąd przyszedł i psuje atmosferę gdzie indziej.
Wnioski: Nie mam zastrzeżeń, o dziwo.

PŚ:
Natxo Garro (ESP, 30)
Iván Agustín (ESP, 32)
Naxto to miły gość i wraz z Martinsem potrafią grać. On musi koniecznie zostać. Trzeba chłopakowi znaleźć jakąś motywację, żeby zaczął biegać dookoła stadionu po treningach. Dlaczego? Bo będzie musiał zagrać koło 40 spotkań w tym sezonie. Bo ja wiem, obrożę mu założyć taką, co to prądem będzie kopać póki nie przebiegnie?
Agustin nie złożył się na flaszkę dla mnie. Poza tym na pierwszym treningu patrzył spode łba. Nie widzę dla niego przyszłości w tym klubie.
Wniosek: Potrzebujemy tu porządnego gracza, co będzie odbierał, asystował i zapierdalał w obie strony przez 90 minut.

NŚ:
Haritz Mujika (ESP, 29)
Mono (ESP, 22)
Ander Lambarri (ESP, 29)
Alain Arroyo (ESP, 29)
Pablo Infante (ESP, 31)
Asier Barahona (ESP, 18)
Niby kłopot bogactwa, bo sześciu napastników. Gówno prawda. Zamierzam grać trzema. Haritz to topowy gracz jak na tę ligę. Mógłby tylko częściej strzelać. U mnie będzie miał za zadanie raczej asystować. Czasem "urwać" z dystansu. Z kolei seryjnie gole ma strzelać nasza perełka, Mono. Nie wiem skąd taki gracz w tak słabym klubie.
Trzecim będzie pewnie Lambarri, bo to kawał chłopa, a takie samo nazwisko miała jedna z moich kochanek w Argentynie.
Arroyo byłby świetny, lecz Matka Natura obdarzyła go zezem i czasem zdarzy mu się bramki pomylić. Póki co rezerwowy, gdy zacznie prosić o pieniądze na okulistę, to się go sprzeda.
Infante jest miły, ale nie umie grać. Pić za to potrafi, wystarczy spojrzeć mu w twarz. Głęboko pragnę, aby trafili się jelenie, którzy go zechcą.
Barahonę natomiast odstrzelił bym z miejsca, ale mam sumienie i dzieci nie zabijam. Na sprzedaż.
Wniosek: Trzeba będzie kogoś kupić za pieniądze uzyskane ze sprzedaży tamtych. Barachła trzymać w zespole nie będę.


PS.
W zespole jest jeszcze trzech skrzydłowych, mianowicie:
Antxon Muneta (ESP, 25)
Ramón Borrell (ESP, 30)
Tato (ESP, 30)
 Sprzedaj ich, kochany Prezesie, bo nie są mi potrzebni. Będziemy grać środkiem. Borrell to ponoć jakaś Wasza gwiazdeczka. Jeśli będzie się stawiał, pogadam z nim po mojemu.
Gdy skończyłem czytać byłem oszołomiony tą tyradą. Czułem się zniesmaczony, bo od raportu niemal biło alkoholem, którego nienawidziłem od dzieciństwa. Oczywiście nie dałem niczego po sobie poznać. Przed lufą człowiek szybko się uczy.

niedziela, 16 września 2012

Z zemsty #5


***
Całe życie wierzyłem, że ciężko i sumiennie pracując, będąc uczciwym wobec siebie i innych można zbić niewielki majątek, aby żyć w spokoju i dobrobycie razem z rodziną. Do tej pory, dzięki Bogu, mój żywot był pasmem małych sukcesów. Pochodziłem z ubogiej rodziny. Matka tyrała jak wół. Jakimś cudem udało jej się też wychować całą naszą piątkę na porządnych ludzi.
Mama zapewniła mi edukację, lecz na studia musiałem zarobić sobie sam. Skończyłem zarządzanie. W międzyczasie pracowałem w kebabie, oferowałem kredyty przez telefon, robiłem inwentaryzację po nockach w supermarketach i wiele, wiele rzeczy. Cały czas odkładałem ile się dało.
Dzięki takiemu zaciskaniu pasa w wieku 30 lat otworzyłem własną firmę. Początki były ciężkie, ale udało się wyjść na prostą. Pięć lat później poznałem moją żonę. Dopiero 3 lata po naszym ślubie interes rozkręcił się na tyle, abym mógł poświęcić więcej czasu rodzinie. Gdy miałem 42 lata urodził się mój syn.
Niestety, mama nie dożyła mego dobrobytu. Umarła tuż po moim ślubie. Ostrzegała mnie przed pracoholizmem. Ja jednak postawiłem sobie jasny cel: zostać najmożniejszym przedsiębiorcą w Mirandzie nad Ebro, moim rodzinnym mieście.
Odkąd zostałem prezesem CD Mirandés poczułem, że osiągnąłem swój cel. Żyłem zamożnie, w domowym zaciszu, otoczony powszechnym szacunkiem, w zgodzie z Bogiem i ludźmi. Codziennie jednak urzędowałem w swoim biurze. Praca stała się tak nieodłącznym elementem mojego życia, że bez niej byłem chory. Jestem pracoholikiem i od 32 lat nie miałem urlopu na własne życzenie.
Wszystko zmieniło się, gdy pojawił się ten bezczelny gówniarz z Ameryki Południowej. Pod przymusem podpisałem z nim 2-letnią umowę. Dziś jest menedżerem CD Mirandés i leży rozwalony w moim najlepszym fotelu, popijając moją najlepszą whisky do której co chwila przypala moją hawanę. Łajdak. 
Dziś przyniósł coś w teczce. Podobno raport o naszej kadrze.
Nazywam się Ramiro Reveulta i zaczynam się już oswajać z widokiem ciężkiej spluwy, która patrzy mi w oczy nawet, gdy zabieram się do czytania wypocin tego gno... pana Herrery.


poniedziałek, 3 września 2012

Z zemsty #4


Dwa tygodnie po tragicznym zniknięciu Carlosa Pouso oraz tydzień po tym jak parafowałem umowę z klubem, miałem trochę wolnego czasu. Wczoraj piłkarze wrócili z urlopów, a ja poznałem sztab i przyjrzałem się moim podopiecznym, którzy trenowali pod okiem asystenta. W pokoju hotelowym czekał mnie do napisania raport o zespole. Był bardzo wczesny ranek. Wyglądając przez okno widziałem puste ulice. Miasteczko cały czas było pogrążone we śnie, jakby nie zwracając uwagi na intensywnie świecące słońce. Po bruku przewalały się gazety, żwir i szkło. Przypominało mi to niewielkie urugwajskie miasteczka, po których hulałem z kolegami całe dzieciństwo i wiek młodzieńczy. Jednak w przeciwieństwie do tamtego klimatu, nie było tutaj tak wilgotno jak w Nizinie La Platy, przez co upał nie doskwierał, a dla mnie był wręcz przyjemny. Na dworze zapowiadał się piękny, słoneczny poranek. Po tych oględzinach postanowiłem pójść coś wypić. To nie był dobry dzień na pracę.
Długo błądziłem wąskimi uliczkami, chcąc nie chcąc wychodząc na obrzeża. Następnie doszedłem do niewielkiego placu, na którym nie było dosłownie niczego. Tylko żwir. Placyk z jednej strony zamykała jakaś knajpka, stylizowana na starą. Jako że pragnienie mi coraz bardziej dokuczało, udałem się co prędzej we stronę szynku.
W środku panował dziwny nastrój, skłaniający do lenistwa. Może to za sprawą barmana, drzemiącego z łokciem na ladzie, bądź niepozamiataną podłogą lub krzesłami stojącymi na stolikach.
Gdy podszedłem do lady, barman się ocknął i przecierając oczy spytał:
- Co podać?
- Bourbon. Można tu palić? - spytałem wyciągając zapalniczkę.
- Si señor. Skądś znam pana twarz... - zamilkł na chwilę i w zamyśleniu pocierał czoło. Nagle jego oczy zatrzymały się na jakimś punkcie za moimi plecami. - Już wiem! Nowy opiekun naszej drużyny! Miło mi poznać. Jestem Esteban.
- Herrera.
Przez chwilę wpatrywał się we mnie, a ja pociągałem ze szklanki, którą przed chwilą napełnił.
- Jak pan widzi szanse na awans, señor?
- Może przejdźmy na ty. Na imię mam Helenio.
- Helenio? Helenio Herrera? 
- Nie ten - rzuciłem, uśmiechając się z przymusem. Nienawidziłem porównań do Maga Futbolu. Głupia zbieżność nazwisk. Zresztą jak można porównywać mnie, dopiero zaczynającego trenera z szemranym kontraktem z słynnym HH? Nieważne zresztą. Kiedyś jeszcze będę na szczycie.
- To jak z awansem? Catenaccio i do przodu, Helenio?
Zmarszczyłem brwi. Ten grubas na zbyt wiele sobie pozwalał.
- Jakie tam Catenaccio - żachnąłem się. - Będziemy grać ofensywnie. A awans będzie, jeśli tylko prezes pozwoli mi wywalić kilku patałachów z drużyny i ściągnąć lepszych.
- Ech, gdybyśmy wreszcie awansowali. - westchnął, dolewając mi whisky. - My tu wyglądamy tej Ligi Adelante jak Żydzi Mesjasza.
Uśmiechnąłem się ze zrozumieniem. Drużyna z mojego miasteczka też tułała się po dolnych ligach. Zrozumiałem, że kto wywalczy tu awans, będzie królem całego miasta, okolicznych knajp, dyskotek i panienek. To było wyzwanie dla mnie.
Potem rozmowa zeszła na inne tory. Opowiedziałem Estebanowi to i owo o swojej rodzinie, kłamiąc na potęgę. W zamian za to dowiedziałem się o perypetiach przeciętnego hiszpańskiego barmana, który odziedziczył knajpę po ojcu. Miałem już trochę w czubie, gdy postanowiłem wracać do siebie. Wstałem i lekko chwiejnym krokiem ruszyłem w stronę drzwi. Te wszystkie okoliczności - zakurzona podłoga, puste stoliki, a także lokalna gazeta sportowa z moim zdjęciem na okładce, wydały się dziwnie znajome. Wypity bourbon spotęgował efekt, zwany ładnie déjà vu, który łupnął w moją świadomość z siłą ciosu jakim Muhammad Ali kończył walki. Nie wiedzieć czemu, straciłem przytomność. Znalazłem się w innym świecie, podobnym do tego z snów. Ujrzałem trzy cyfry odzielone myślnikami, migające niby neon przed monopolowym. Doznałem oświecenia. Gdy otworzyłem oczy pochylała się nade mną zgrabna brunetka z rudymi pasemkami i zatroskanym wyrazem twarzy.
- Nic Ci nie jest?

sobota, 1 września 2012

Z zemsty #3


Jak już powiedziałem, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Takie rozmyślania snułem rozparty w wygodnym fotelu, paląc wonną hawanę. Na fotelu, równie wspaniałym jak ten w którym się rozwaliłem, siedział - a raczej przycupnął opasły, pięćdziesięcioletni mężczyzna. Ramiro. Nazywał się Ramiro.

Pięćdziesiąt cztery lata temu, być może w podobnym gabinecie, a nawet w podobnym fotelu siedział człowiek, który nazywał się dokładnie tak samo jak ja, trzymał w szachu prezesa Blaugrany. Człowiek ten został nazwany potem Magiem Futbolu. Być może stąd prowadzi droga do sławy i nieśmiertelności? Kto wie? Los to przeklęty figlarz, który ironicznie zaśmiewa się w twarz każdemu kto czuje się kowalem własnego losu.

- Nie wiesz zapewne, kim jestem. - odezwałem się do zastraszonego krawaciarza.
- Nie - odezwał się cicho.
- A pseudonim Hombre, może on ci coś mówi?
- Tak się nazywał człowiek, który zamordował mojego dziada i jego brata.
- Doskonale. To był mój dziadek. Wiesz, co było motywem tego morderstwa?
Ramiro milczał.
- Motywem - zacząłem podnosząc się z krzesła - była zemsta. Jestem podobny do mojego dziadka. Gdy on wymierzył sprawiedliwość twemu dziadowi, nie należało robić z tego powodu międzynarodowej nagonki. To był błąd. Powinniście pamiętać, że tacy jak my nie zapominamy. Ani nie darujemy.
Wpatrzyłem się w jego oczy, chcąc dojrzeć jakie wrażenie zrobiła na nim moja przemowa.
Beretta M9, patrząca mu prosto w oczy, zrobiła lepsze.
- Nie zabiję cię teraz. To by było za proste. Mam cię zabić, żeby potem tułać się po Ameryce Południowej spieprzając przed Interpolem? O, nie. Wyciągaj papier i pisz.
Ramiro posłusznie wyciągnął papier firmowy. W prawym górnym rogu błyszczał herb. Błyszczał intensywną, krwistą czerwienią.

piątek, 31 sierpnia 2012

Z zemsty #2

Następnego dnia każdy, kto wszedłby do oberży pod Wesołym Wisielcem, obowiązkowo zobaczyłby postać przypominającą kowboja. Wśród stolików, z których nie zostały jeszcze zdjęte krzesła, przewalały się niedopałki oraz tłuczone szkło. Noc, spędzana tu jak każda inna pozostawiła po sobie ślady. Tłusty barman drzemał oparty o blat, budząc się tylko aby podać następną butelkę. Średnio co 15 minut. Całkiem niezły wynik, biorąc pod uwagę, że klientów miał dwóch.

 Ów kowboj, a był nim oczywiście Hombre, opierał się o szynkwas i tęgo pociągał z butelki, robiąc sobie co chwila przerwy, aby paść z rozdzierającym serce szlochem w ramiona swojego kompana. Kompan, podobny oryginał jak Hombre, sam był już ostro pod gazem.

 - Powiedz mi Pedro, dlaczego? Jak sobie pomyślę, że oni tam leżą i już nigdy nie będą mogli oddychać... Zabiłem ich, k***a! - wykrzyknął, po czym zadrżał i zaśmiał się histerycznie. Po chwili rozglądał się za czymś co mogłoby przerwać drżenie i ukoić rozpalone sumienie. W końcu machnął ręką i przechylił butelkę.

 - To cholerne skurwysyństwo zabić człowieka, Hombre. Ale Ty musiałeś. Musiałeś, bo przysiągłeś. Dokonałeś zemsty. Tak sobie myśl.

 - Nie mogę z tym żyć. - Hombre poderwał się gwałtownie z krzesła. - Muszę stąd uciec, wyjechać. Podjąłem decyzję, Pedro. Wyjeżdżam.

 To mówiąc, zaczął się zataczać w stronę drzwi. Pedro niespiesznie wstał z krzesła i zaszedł go od tyłu, zmieniając nieco chwyt na trzymanej w prawej dłoni butelce. Z pełnym spokojem zdzielił nią Hombre po głowie, a potem troskliwie złapał nieprzytomnego, ratując go przed upadkiem na podłogę. Doholowawszy go do baru, usadził na krześle. Barman, usłyszawszy trzask rozbijanej butelki leniwie podniósł lewą powiekę.

 - Zapił - rzekł uspokajająco Pedro, odpowiadając na pytające spojrzenie barmana.

 Szynkarz zamknął powiekę i pogrążył się we śnie.
***

I właściwie tyle wiem o drodze życiowej mojego dziadka. Po opisanych zdarzeniach uciekł do Urugwaju, gdzie niedosięgła go hiszpańska jurysdykcja. Tam urodził się mój ojciec. Potem był jeszcze przemytnikiem kokainy z Kolumbii do brazylijskich slumsów, gdyż rząd Kolumbii respektował hiszpański list gończy. Następnie pomagał peruwiańskim archeologom w badaniu Machu Picchu. Przez pół roku dłubał pędzelkiem w piasku, aby wreszcie mieć okazję i sprzątnąć jednego z badaczy. Jak się bowiem okazało, babcia poleciała na archeologa.
 Po przekroczeniu swego półwiecza dziadek ustatkował się, zmienił nazwisko i osiadł na wsi, pasąc nielegalnie krowy na państwowych terenach. Bowiem urugwajski rząd również zaczął poszukiwania bandyty znanego pod pseudonimem Hombre.
 Ojciec, tak jak ja, urodził się w Urugwaju. Matka jest Włoszką, a ja mam dwa obywatelstwa.
 Opowiadam to, abyście zrozumieli kim był mój dziadek i czym się w życiu kierował. On wszystko robił z zemsty.
 Tak jak mój ojciec.
 Jestem nieodrodnym synem mego ojca i wnukiem mojego dziadka.
 A nazywam się Herrera. Helenio.

środa, 22 sierpnia 2012

Z zemsty #1


Literackie wprawki.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Księżyc ponuro wychodził zza chmur na gwieździste, hiszpańskie niebo nadając całemu widowisku jakiejś potwornej i mrocznej atmosfery. Na tle ciemnobłękitnego nieba mocno odcinał się niewesoły łuk białej, marmurowej bramy stojącej w niejakim oddaleniu od takich samych, marmurowych ruin opuszczonego miasteczka. Niewesoły, bo pośrodku łuku, na misternie zawiązanej linie założonej na szyję znajdował się jakiś nieszczęśnik. To, że jeszcze żył zawdzięczał drugiemu nieszczęśnikowi, którego ramiona robiły za prowizoryczną beczkę lub stołek wytrącany spod stóp wisielca. Obaj mieli związane za plecami ręce. Twarz wisielca - około pięćdziesięcioletniego letniego, opasłego i nalanego mężczyzny, wyrażała przerażenie. Przypadkowy obserwator zdziwiłby się, gdyby spojrzał i porównał fizjonomię Jeszcze Nie Powieszonego oraz jego Podpory. Były w zasadzie identyczne, chociaż gęba Podpory była mniej nalana. A więc los postawił w tak trudnej sytuacji dwóch bliźniaków.

Inaczej natomiast przedstawiały się sylwetki niedoszłych morderców, w liczbie trzech. Dwaj z nich stanęli w bramie, po dwóch stronach skazanych, opierając się o łuk. Natomiast trzeci, około dwudziestokilkoletni, postawny mężczyzna - widocznie szef pozostałych - stał naprzeciwko Podpory w bezpiecznej odległości trzech metrów, cały czas wpatrując się we niego zimnym, prawie stalowym spojrzeniem jasnoniebieskich oczu. Każde drgnienie Podpory powodowało rozpaczliwy taniec brata, próbującego powstrzymać zaciskającą się przy każdym ruchu linę. Uwiązany niemal kurczył się pod owym wzrokiem. Nic dziwnego. Cała ta twarz była z rodzaju tych, które pozostają w pamięci. Spod ronda czarnego, typowo kowbojskiego kapelusza, wystawały mocno kręcone włosy. Powagi dodawał potężny, orli nos. Ciemna karnacja zwiastowała gorący, południowy temperament. Na obliczu tym uważny obserwator zauważyłby jednak znamiona złośliwości, które nie pozwalały wątpić kto jest pomysłodawcą tego jakże oryginalnego planu egzekucji dwóch wrogów na raz.
Określenie "typowy Latynos" pasowało jak ulał do dwóch pozostałych. I to wszystko co można o nich powiedzieć.

Jeden z nich leniwie przeciągnął się i splunął z wprawą.
- Hombre, pora kończyć. - powiedział zwracając się do szefa.

Hombre niespiesznie sięgnął do płaszcza i wyjął z niego paczkę zapałek oraz duże cygaro. Odgryzłszy końcówkę zaczął je przypalać, używając zapałki. Upuścił ją na ziemię, gdy wypalając się sparzyła mu palce. Po wargach krążył mu jakże wymowny uśmieszek.

- Zanim skończymy, tu obecnym dżentelmenom należy się parę słów wyjaśnienia - rzekł, siląc się na niedbały ton. Odwrócił się do Podpory ze złym błyskiem we oku - Zginiecie bo spowodowaliście śmierć moich rodziców.

Po czym zaciągnął się cygarem.
Nieliczne chmury przeciągały przed będącym we pełni księżycem, niczym pułki przed hetmanem podczas inspekcji wojsk. Panowała cisza, gdy wtem znad pobliskiego jeziora odezwał się klangor żurawi - krzyk pełen tęsknoty, żalu i bólu. Krzyk tak rozpaczliwy, że trzeba go usłyszeć, aby zrozumieć jego sens. Wstrząsnął on chłodnym jak na hiszpańskie warunki powietrzem i skończył się równie nagle jak się zaczął. Zapadła cisza. Okoliczne ruiny wstrzymały oddech.
Hombre wyciągnął rewolwer. 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Niech płonie

Uważaj na swój żar
jesteś jego strażnikiem
dbaj by tlił się -
gdzieś gdzie spotyka się serce z duszą -
aby gdy trzeba dolać doń łatwopalnej adrenaliny

wystrzegaj się jednak suchej słomy codziennych utrapień
ona płonie krótko lecz zbyt gwałtownie
strzeż się aby nie wypaliła twojej radości
bo radość to jest twoim skarbem

nie daj stłumić swego ognia
niech płonie, płonie spokojnie
nie duś w sobie płomieni
to nic nie da
może za to spalić cię od środka

dbaj o swój gniew
bo gniew jest owym żarem
lecz nie pozwól aby cię strawił
bo nadejdzie dzień, gdy będzie on potrzebny.

Warszawa, dnia 20.08.2012 r.

środa, 15 sierpnia 2012

Przy okazji święta

Dzisiaj, dnia 15 sierpnia roku pańskiego 2012 obchodzimy podwójne święto, które w przedziwnych dziejach narodu polskiego jest ze sobą trwale połączone. Mowa tu o Wniebowzięciu NMP i rocznicy, już dziewięćdziesiątej drugiej, zwycięskiej dla Polaków Bitwy Warszawskiej, znanej szerzej pod nazwą Cudu nad Wisłą. Można by długo pisać o bohaterstwie polskich żołnierzy, o związanych z tym wydarzeniem bohaterach, choćby o księdzu Ignacym Skorupko. Jednak dziś nie zabraknie na pewno głosów w tej tonacji, ja natomiast chciałbym skupić się na czymś innym.
Mianowicie postanowiłem zafundować Wam, drodzy Czytelnicy, którzy - jak głęboko wierzę - istniejecie, trochę prawdy historycznej.

Chodzi tu mianowicie o rolę lidera frakcji rewolucyjnej Polskiej Partii Socjalistycznej w owych wydarzeniach, czyli nikogo innego jak marszałka Józefa Piłsudskiego. Istnieje dużo hipotez potwierdzonych wieloma dokumentami na temat jego działalności agenturalnej podczas I Wojny Światowej, ale gwoli ścisłości powiemy sobie dziś o tym, w jaki sposób marszałek przywłaszczył sobie zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej, komu tak naprawdę je zawdzięczamy oraz co stało się później z prawdziwymi ojcami tego sukcesu.

Otóż marszałek Józef Piłsudski dnia 12 sierpnia 1920 roku, złożył na ręce premiera Witosa rezygnację ze stanowiska Naczelnego Wodza. Premier, kierując się rozsądkiem i troską o morale żołnierzy zachował w tajemnicy ową dezercję marszałka przed najważniejszą bitwą. Ponadto, Piłsudski na pytanie Witosa "Cóż mam teraz zrobić?" miał odpowiedzieć "Co Pan uważa za słuszne". Natomiast istnieje podobno(podobno, gdyż w internecie nie mogłem tego nigdzie znaleźć) wpis z ksiąg parafialnych mówiący o tym, że dnia 15 sierpnia roku pańskiego 1920, Józef Klemens Piłsudski podawał do chrztu syna Stefanii i Stanisława Minkiewiczów w Puławach, a więc 112 km od bitwy.

Natomiast zwycięstwo zawdzięczamy wojskowemu geniuszowi generała Rozwadowskiego, który nawet o tym nie wiedząc, po rezygnacji Piłsudskiego został szefem Sztabu. On to wygrał tę bitwę, czego dowodem są chociażby podpisy pod wszystkimi rozkazami.

Cóż jednak się stało z generałem, a także z pozostałymi członkami sztabu po bitwie?

Podczas przewrotu majowego, będącego w rzeczywistości zamachem stanu, gen. Rozwadowski został dowódcą obrony Warszawy przed zwolennikami marszałka, których traktował jako zwykłych buntowników. Niestety, z powodu liczebnej przewagi buntowników, nie udało się obronić legalnego rządu i władzę przejął Piłsudski. Nie omieszkał on rozprawić się z generałami: Rozwadowskim, Zagórskim, Jaźwińskim i Tarnawa-Malczewskim, osadzając ich w więzieniu w Antokolu. Oficjalnie za przestępstwa natury kryminalnej, nieoficjalnie zaś powodem uwięzienia generała Rozwadowskiego miała być wypowiedź marszałka: "Bo Bitwę warszawską wygrałem ja"

Po wyjściu z więzienia, w którym panowały bardzo ciężkie warunki, generał podupadł na zdrowiu i wkrótce zmarł. Istnieją dowody na to, że będąc w areszcie został otruty pokrojonym włosiem końskim, co spowodowało owrzodzenie jelit. Ówczesne władze zabroniły wykonania sekcji zwłok.

Niestety, dobre imię wielkiego dowódcy, jakim niewątpliwie był Tadeusz Rozwadowski jest nadal szkalowane. W filmie Jerzego Hoffmana "Bitwa Warszawska 1920" wszystko zostało postawione do góry nogami, a szczytem bezczelności i fałszu jest scena, w której marszałek przedstawia swój(de facto Rozwadowskiego) plan ataku na tyły wojsk bolszewickich, a generał Rozwadowski tchórzliwie pyta: "Panie Marszałku, czy to nie zbyt wielkie ryzyko?" Po obejrzeniu tej sceny miałem ochotę wyjść z kina.

Szkoda, że obchody tego zwycięstwa nie są obchodzone choćby tak hucznie jak rocznica wyrżnięcia elit intelektualnych i zburzenia Warszawy, czyli obchody 1 sierpnia. Mam tylko nadzieję, że dzisiejsze święto nie przysłuży do podsycania klimatu antyrosyjskiego. O tym jak ważne są w dzisiejszych czasach stosunki polsko-rosyjskie będzie kolejny tekst.

Cześć i Chwała Najświętszej Maryi Pannie i bohaterskim Obrońcom Warszawy przed bolszewicką zarazą!

czwartek, 2 sierpnia 2012

Polak Węgier...

W ostatnich czasach coraz częściej słyszy się popularne powiedzenia "Polak, Węgier dwa bratanki i do szabli, i do szklanki". Także więcej ludzi zaczyna sobie uświadamiać jak trwale połączone są nasze losy z ludem zamieszkującym Siedmiogród. Z tego powodu cieszy się moje serce i raduje się duch mój. Wydaje mi się jednak, że na przyjaźni Polsko-węgierskiej tkwi pewna zadra. Dopiero niedawno, po wysłuchaniu spotkania z autorem "Baśni jak niedźwiedź" pochyliłem się nad tym przysłowiem i odkryłem, przynajmniej tak mi się zdaje, jego drugie dno. To tyle tytułem wstępu. Nie mieszkając, idźmy dalej.

Nie znam genezy powstania tego przysłowia, ani momentu, w którym dostało się do potocznej mowy. Nie zamierzam pozować na proroka, objawiającego maluczkim jedyną prawdę. Nie. Po prostu chcę podzielić się z Wami - o ile ktoś w ogóle dobrnie do końca tekstu - moimi przemyśleniami.

Cała rzecz, co może wydawać się całkiem logiczne, ma podłoże historyczne. Przenieśmy się więc do wieku XVI, do czasu panowania Zygmunta Starego, mylnie nazywanego przez niektórych historyków Złotym Wiekiem. Otóż król ówczesnego Królestwa Węgier, Ludwik II, był bratankiem Zygmunta Starego.
Pierwsze skojarzenie przeciętnego Polaka, który jak wiemy z pewnej reklamy - nie istnieje, z Zygmuntem Starym to Hołd Pruski. Wydaje się on być momentem tryumfalnym, zwycięskim. Nic z tych rzeczy.
Albrecht Hohenzollern, ostatni w Prusach wielki mistrz zakonu krzyżackiego, przeszedł na wyznanie luterańskie. Zatem Zygmunt Stary, przyjmując od niego hołd lenny, wyraził zgodę na powstanie państwa luterańskiego graniczącego z Rzeczpospolitą. Tym samym ród Hohenzollernów i nie zlikwidował tego wrzodu na dupie całej Europy.

Co ma jedno do drugiego, zapytacie. Kto pyta nie błądzi. Ech, przecież miałem porzucić idiotyczny ton wypowiedzi mentora i Jaśnie Oświeconego. Wybaczcie, jeśli dotarliście do tego momentu, z tego miejsca już wam gratuluję.

Otóż uznanie hołdu lennego było pieczęcią pod zdradą Ludwika II przez Zygmunta. Zaowocowało to rok później bitwą, skutkiem czego było zlikwidowanie Królestwa Węgier. Królestwa, które los dziwnie związał na stałe z naszymi losami.
Polak Węgier dwa bratanki.
Pozostaje tylko mieć nadzieję, iż w tym jednym wypadku wypniemy się na historię i zaczniemy budować z Węgrami wspólny front działań. Podszyty nie knowaniami, a prostą, lecz jakże wierną i prawdziwą, braterską miłością.


sobota, 28 lipca 2012

Bo tak wypada

Nie cierpię robić czegokolwiek, bo "tak wypada". Nie zrozumcie mnie źle. Bynajmniej, nie podaję nikomu lewej ręki zamiast prawej, przy stole używam widelca i noża, przeniknąłem też przez tajniki obycie w towarzystwie. Natomiast nie lubię, a właściwie nienawidzę tej całej zakłamanej kurtuazji ujętej w złotej myśli pewnego nie znanego nikomu idioty, który sformułował zdanie: "Możesz sobie mieć swoje sympatie i antypatie, ale zawsze się ładnie uśmiechaj". Cholera. Po raz kolejny łapię się na tym, że sam wymyślam jakieś sentencje, aby wyśmiać je oraz ich autora, którym okazuje się być nie kto inny jak niżej podpisanym. Lecz nie martw się czytelniku, bo takich zdarzeń będziesz jeszcze wielokrotnie świadkiem, o ile nie uciekniesz stąd czym prędzej po przeczytaniu owego przydługiego wstępu. Przydługiego. Przejdę więc do meritum.

Otóż jak się przyjęło na blogach internetowych, a wydaje mi się iż tak się przyjęło, ponieważ swego czasu na kilka blogów zajrzałem, należy powiedzieć w pierwszej notce parę słów powitania oraz autoprezentacji.
A więc, zaczynając niepoprawnie te zdanie, chciałbym się przedstawić.
Jeśli jesteście spostrzegawczy, możecie przeczytać z boku, iż wyświetlanym nickiem mojej osoby jest Carlo Negro. Możecie z tego wyciągnąć całkiem logiczny wniosek, że mam na imię Karol. Nic bardziej mylnego. Noszę imię pewnego świętego znanego gdzieniegdzie jako Apostoł Narodów, a gdzie indziej jako jeden z lepszych, a zarazem pierwszy żydowski menedżer na świecie. Skąd więc ów nick? Cóż, tak jak wiele rzeczy z przypadku lub jeśli wolicie, z braku pomysłu na lepszy. Chwyciłem za pierwszy lepszy przedmiot będący akurat pod przysłowiową ręką, a on miał w swoim środku taki napis. Co to był za przedmiot, nie powiem.

Zaraz, ale o czym właściwie miałem pisać? Ach tak, kilka słów na początek.
Imienia mojego co inteligentniejsi się domyślili, pora więc dopełnić danych osobowych. Nazwisko moje jest zlepkiem nazwy miejscowości, w której miała miejsce jedna z dwóch bitw wyprawy bukowińskiej wielkiego hetmana koronnego St. Jabłonowskiego, a także końcówki "owski". Chodzę do liceum noszącego imię polskiego poety epoki renesansu, który według pewnych źródeł był agentem Albrechta Hohenzollerna.
Zdołaliście się już pewnie domyślić, iż interesuje mnie historia. Owszem, bystrzachy. Lubię również piłkę nożną, literaturę piękną i najpiękniejszą (poezję), a także geografię szeroko pojętą.
Aby nie przedłużać tego stanowczo za długiego wpisu, dodam tylko że popełnione przeze mnie wiersze(he he he!) można odnaleźć pod tym linkiem. Jeszcze niepowstałe, a mające powstać, będą się tu ukazywały.

Dzień dobry!