***
Ostatnimi czasy polubiłem Ramiro. Myślę, że on też odnalazł się w nowej sytuacji. Trochę mi go szkoda, bo gdybym ja miał tyle forsy, na pewno nie spędzał bym całego dnia za biurkiem. Cóż. Różni są ludzie. Coraz częściej zachodzę pod Wesołego Wisielca, aby pogadać z Estebanem. Zaś nocami tęsknię do brunetki, którą tam widziałem. Niejednokrotnie wypytywałem sympatycznego grubasa zza lady, kim ona może być. Zawsze słyszę tą samą odpowiedź: nikt jej tu nie zna, nigdy przedtem tu nie była, tak w ogóle mało kto wie o kogo pytam. Mimo to, w każdej wolnej chwili odpalam fejsbuka i szukam, cały czas szukam. Może kiedyś będzie mi dane znaleźć.Jose Antonio, nasz szperacz numer dwa, wygrzebał niemały talent z Wysp Brytyjskich. Ów talent był aktualnie bez klubu, więc po rozmowie telefonicznej zgodził się przyjechać na testy. Już po pierwszym treningu, na którym Jamil Adam zapierdzielał aż miło, postanowiłem podpisać z nim kontrakt. Ma nam dać młodość, technikę i wytrzymałość w ataku. Póki co będzie musiał się zadowolić rolą jokera.
Remis z Zamorą przyszedł w najgorszym możliwym momencie, bo przed arcyważnym spotkaniem o pozycję lidera z Realem Union - klubem, który jako jedyny z całej ligi wydawał mi się poza zasięgiem. Pierwszy mecz ligowy mieliśmy zagrać u siebie, na Munipical Anduva. Na ten mecz został sprzedany komplet biletów. Ja jako jedyny przewidywałem, iż wynik może zadecydować o mistrzostwie, bo media nie brały nas za kandydatów nawet do awansu. Szczególnie zależało mi na zdominowaniu środka pola tak aby Gorka Brit, jeden z najlepszych zawodników naszej ligi, był odcięty od podań. Dlatego wyjściowa jedenastka wyglądała tak:
Nauzet - Iñaki Garmendia, Álvaro Corral, Aitor Blanco, Iñigo Sarasola (k) - César Caneda, Natxo Garro, Víctor Ormazábal('73-> Jamil Adam) - Ander Lambarri, Mono, Haritz Mujika
Już od pierwszych minut udało się przejąć kontrolę nad meczem. Dokładnie rozgrywaliśmy piłkę, lecz za każdym razem brakowało ostatniego podania, w skutek czego nasi napastnicy mieli mało okazji do zdobycia bramki. Dobre zawody rozgrywał Caneda, który wyłączył z gry Chuchiego - czarodzieja z Unionu. W 29 minucie z lewej strony naszego pola karnego sędzia przyznał rzut wolny dla gości, po faulu Garmendii. Wyżej wspomniany Chuchi posłał krosa w pole karne, a Garro zaspał z kryciem. Hugo stanął przed pustą bramką, a kibice przyjezdni wpadli w szał. Ja również. Niebywale głupio stracona bramka, właściwie przez chwilę nieuwagi. Może tym cechują się drużyny mistrzowskie? Potrafią wykorzystać najmniejszy Twój błąd?
W przerwie powiedział chłopakom, że grają dobrze, lecz mają zacząć stwarzać sytuacje.
Dziesięć minut po mojej przemowie wreszcie mieliśmy klarowną sytuację - sam na sam z bramkarzem wyszedł Mono, strzelił jednak za słabo i golkiper zdołał zatrzymać piłkę.
Prawie kwadrans przed końcem na boisku zameldował się nasz nowy nabytek. Zagrał przyzwoicie, ale nie miał okazji do zdobycia bramki.
Gdy sędzia zagwizdał, jeszcze nie dowierzałem. Przecież byliśmy lepsi, dominowaliśmy cały mecz, zwycięstwo się nam należało. Tymczasem przegraliśmy 0:1 i tym samym straciliśmy fotel lidera.
18.09.2011
Segunda Division Grupa 2 [4/38]
CD Mirandés 0:1 Real Union (Hugo)
MoM: Hugo 7.3 (Real Union)
Po meczu odpowiednio potrząsnąłem piłkarzami, a Realowi Union obiecałem zemstę. Liga dopiero się zaczęła, więc wyścig po mistrzostwo cały czas trwa.
*
Dzisiaj w dobrym nastroju szedłem na przedpołudniowy trening. Wstałem skoro świt, ogoliłem się, zjadłem śniadanie, które dzisiaj pitrasił Hector i opuściłem naszą norę. Tego dnia wszystko nastrajało optymistycznie - ptaki śpiewały, drobni sklepikarze krzątali się przed swoimi straganami czekając na klientów. Nawet mijani przeze mnie gimnazjaliści uśmiechali się od ucha do ucha, gdyż tego dnia nie lekcje miały być skrócone z powodu święta. Splendoru wszystkiemu nadawało Słońce - wspaniałe, wrześniowe hiszpańskie słońce, będące dla mnie zawsze czymś bliskim, czymś, co przypomina mi codziennie swym okiem o Starym Kraju.
Gdy pojawiłem się w klubowej szatni, przebierało się tu już kilku co gorliwszych zawodników. Zerknąłem na mojego nowego rolexa, który był drogi ale miał jedną, ważną zaletę - dawał poczucie bycia kimś, wydłużał członka o dobre kilka metrów. Do treningu pozostało dziesięć minut.
Chwilę później zjawił się Humberto z wiadomością, że prezes koniecznie chce mnie widzieć w swoim gabinecie, najlepiej od razu po treningu. Uśmiechnąłem się cynicznie, lecz ze względu na obecność piłkarzy nie skomentowałem tego wyskoku Ramiro, choć miałem wielką ochotę. Zdjąłem koszulę, założyłem koszulkę polo i dres, dając znak piłkarzom do wymarszu na boisko.
Z bramkarzami jak zwykle pracował Mark. Ja z resztą sztabu poprowadziliśmy zajęcia w grupach. Najpierw rozgrzewka, rozciąganie, potem kilka ćwiczeń siłowych. Następnie każdy dostał piłkę. Zgodnie z planem, dziś wdrożyliśmy w życie nowy program - mianowicie 5 minut mniej intensywnych, po czym 2 minuty na pełnych obrotach tak aby tętno wzrosło do 120. Wszystko z piłką przy nodze. Taka zaprawa znakomicie przygotowywała naszych piłkarzy do gry w meczach toczonych w szybkim, rwanym tempie.
Na koniec podzieliłem chłopaków na cztery zespoły i zagraliśmy miniturniej. Pozytywnie wyróżnił się Jamil, strzelec siedmiu bramek. Jak łatwo się domyślić, jego drużyna wygrała.
Po treningu wziąłem prysznic. Pogadałem jeszcze chwilę z Humberto i Hectorem, a następnie udałem się do prezesa.
Wszedłem schodami na górę i przywitałem się z sekretarką, która była brzydką i aspołeczną kobietą w wieku średnim. Prezes, zgodnie ze słowami brzydkiego cerbera był u siebie. Bez zastanowienia otworzyłem drzwi.
Gabinet od czasu mojej wizyty niewiele się zmienił - tylko stos gazet na stole prezesa nieco wzrósł. Ramiro jak zwykle siedział za biurkiem, wpatrując się w ekran laptopa. Czoło przecinała mu pozioma zmarszczka, zdobiąca ową twarz od kiedy przybyłem, by wprowadzić Mirandés do Ligi Adelante. Zobaczywszy mnie, podniósł oczy znad komputera i odpowiedział na moje cyniczne "Dzień dobry, Panie Prezesie".
- Dzień dobry, Helenio. Siadaj.
Starym zwyczajem rozwaliłem się w fotelu z pogardliwym uśmiechem. Ramiro odsunął laptopa na bok i oparł brodę na łokciach, patrząc mi w oczy. Niespotykana u niego wcześniej odwaga.
- Byłem ostatnio na obradach rady miasta. Burmistrz też tam był. Chociaż zjedliśmy wspólnie obiad, nie było to dla mnie zbyt miłe spotkanie. Burmistrz wyśmiał mój, a właściwie twój plan rozbudowy stadionu, a gdy powiedziałem mu, że spodziewam się w tym roku awansu, popukał się w czoło i do końca spotkania się podśmiewał. Nie zwracał bym na to uwagi, ale miasto daje sporo pieniędzy na klub. Po twoich transferach, Helenio, nasza sytuacja finansowa prezentuje się nie najlepiej. Nie będę ukrywał, iż jesteśmy na krawędzi - albo awans albo bankructwo. Tertium non datur. Zaś jeżeli będziemy grać tak jak w poprzednich dwóch spotkaniach...
- Dosyć. - to mówiąc wstałem i już zamierzałem grubiańsko przejść do ofensywy słownej skierowanej ostrzem w burmistrza oraz prezesa. Byłbym to zrobił, ale nie wiedzieć czemu, rzuciłem okiem w stronę laptopa, stojącego teraz bokiem do mnie. Na pulpicie było niewiele plików, ale moją uwagę przykuła tapeta. Przedstawiała zgrabną brunetkę z rudymi pasemkami. Rudą, jak ją często nazywałem w myślach. Cała rzeczywistość zamieniła się w olbrzymią maczugę, wiecie, tę taką podobną do sławnego Kropidła. Kropidło spadło na moją głowę z siłą, przekraczającą dziesięciokrotnie siłę Chrzciciela.
Nie wiem jak długo stałem, bezmyślnie gapiąc się w ścianę. Przez głowę przebiegały setki myśli, a myśli biegły we wszystkich kierunkach.
- Helenio?
- Miałem na myśli dosyć tych wyników, Panie Prezesie. Chłopaki są naładowani, a wyniki przyjdą niedługo. Natomiast z tym burmistrzem pogadamy po sezonie.
Ramiro z wolna pokiwał głową, świetnie maskując zaskoczenie stylem mojej wypowiedzi. Ja zaś pożegnałem się, cichutko wyszedłem i delikatnie zamknąłem drzwi.
Następnie udałem się do domu, aby dostać zawału serca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz