***
Całe życie wierzyłem, że ciężko i
sumiennie pracując, będąc uczciwym wobec siebie i innych można zbić niewielki
majątek, aby żyć w spokoju i dobrobycie razem z rodziną. Do tej pory, dzięki
Bogu, mój żywot był pasmem małych sukcesów. Pochodziłem z ubogiej rodziny.
Matka tyrała jak wół. Jakimś cudem udało jej się też wychować całą naszą piątkę
na porządnych ludzi.Mama zapewniła mi edukację, lecz na studia musiałem zarobić sobie sam. Skończyłem zarządzanie. W międzyczasie pracowałem w kebabie, oferowałem kredyty przez telefon, robiłem inwentaryzację po nockach w supermarketach i wiele, wiele rzeczy. Cały czas odkładałem ile się dało.
Dzięki takiemu zaciskaniu pasa w wieku 30 lat otworzyłem własną firmę. Początki były ciężkie, ale udało się wyjść na prostą. Pięć lat później poznałem moją żonę. Dopiero 3 lata po naszym ślubie interes rozkręcił się na tyle, abym mógł poświęcić więcej czasu rodzinie. Gdy miałem 42 lata urodził się mój syn.
Niestety, mama nie dożyła mego dobrobytu. Umarła tuż po moim ślubie. Ostrzegała mnie przed pracoholizmem. Ja jednak postawiłem sobie jasny cel: zostać najmożniejszym przedsiębiorcą w Mirandzie nad Ebro, moim rodzinnym mieście.
Odkąd zostałem prezesem CD Mirandés poczułem, że osiągnąłem swój cel. Żyłem zamożnie, w domowym zaciszu, otoczony powszechnym szacunkiem, w zgodzie z Bogiem i ludźmi. Codziennie jednak urzędowałem w swoim biurze. Praca stała się tak nieodłącznym elementem mojego życia, że bez niej byłem chory. Jestem pracoholikiem i od 32 lat nie miałem urlopu na własne życzenie.
Wszystko zmieniło się, gdy pojawił się ten bezczelny gówniarz z Ameryki Południowej. Pod przymusem podpisałem z nim 2-letnią umowę. Dziś jest menedżerem CD Mirandés i leży rozwalony w moim najlepszym fotelu, popijając moją najlepszą whisky do której co chwila przypala moją hawanę. Łajdak.
Dziś przyniósł coś w teczce. Podobno raport o naszej kadrze.
Nazywam się Ramiro Reveulta i zaczynam się już oswajać z widokiem ciężkiej spluwy, która patrzy mi w oczy nawet, gdy zabieram się do czytania wypocin tego gno... pana Herrery.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz