wtorek, 18 września 2012

Z zemsty #7

***
Wraz z dniem, który miał rozpocząć nasz okres przygotowawczy przestałem pić. Po dłuższym namyślę, postanowiłem tu ściągnąć co najmniej dwóch "moich" ludzi, mających uzupełnić nasz sztab. Odpaliłem więc fejsbuka i odnowiłem znajomość z kimś ze Starego Kraju. Humberto, konkretnie Humberto Ortiz -  człowiek dzięki któremu zdobyłem wiele wiedzy taktycznej. To on wprowadził mnie w tajniki przetrwania w urugwajskich tawernach. Poza tym był świetnym towarzyszem, a w czasach gdy byłem butnym młodzieniaszkiem zawarliśmy serdeczną przyjaźń, mimo że był ode mnie wiele starszy. W CD Mirandés będzie moim asystentem. Jestem przekonany, iż jego rady będą przydatne.
Z tego samego samolotu, po który podjechałem wraz z klubowym kierowcą, wysiadł Hector Fabio Cruz - dobry znajomy Humberto, podobno doskonały lekarz. Za taką tygodniówkę w całej Hiszpanii nie udało by się znaleźć kogoś choćby w połowie tak dobrego jak on. Co mnie cieszyło, Hector zabrał pełną apteczkę. Przyjechał z Kolumbii. Już mnie ręce świerzbiły.

Na zebraniu ze sztabem szkoleniowym, do którego dołączyło jeszcze czterech miejscowych specjalistów, ogłosiłem pełną mobilizację. Premia dla tego, co znajdzie nam lewego obrońcę. Gdy spojrzałem na twarze naszych dwóch scoutów, zorientowałem się, iż poprzedni menedżer miał inne zwyczaje. Czułem, że pozyskuje sobie wierny sztab.

Nasi zwiadowcy chyba mieli sporą motywację do pracy, bo Jose Antonio już po tygodniu wleciał do mojego gabinetu w tempie finiszującego Usaina Bolta.
- Mam go szefie, mam go! - wysapał.
- Kogo?
- Obrońcę. Lewego. Gra w Leganes. 23 lata. Agresywny, szybki, potrafi odebrać.
- A jego imię to?
- Arturo. - rzekł mój scout, po czym rzucił mi na biurko raport o zawodniku.
Z niemałym zaciekawieniem przejrzałem. Gracz naprawdę był warty grzechy, gdyby nie cena. Już miałem westchnąć, lecz nie pozwolił mi na to mój drugi scout, Carlos Ballesta. Ten z kolei wpadł w tempie Robbiego Blake'a.
- Mam go szefie!
- Kogo?
- Obrońcę. Lewego. Nie gra nigdzie. Chce grać dla nas!
- Raport! - warknąłem, zirytowany użeraniem się z tymi dwoma szperaczami z Bożej łaski.
Carlos posłusznie podał mi plik papierów, traktujący o Iñigo Sarasoli. Ballesta donosił, iż mamy do czynienia z młodym, całkiem szybkim oraz dobrze przygotowanym technicznie i mentalnie zawodnikiem. Co najważniejsze, był za darmo.
- Przykro mi Jose. - powiedziałem smutnym głosem - chyba nową pralkę kupi sobie Carlos.
***
W ten sposób zespół został załatany i od tej pory naszą piętą achillesową miał być zmiennik Nazueta. Zmiennik, którego póki co nie było. W takim składzie zaczęliśmy przygotowania.

Zaczęło się od meczu z drużyną o klasę gorszą, a więc Gijón Industrial. Do boju posłałem jedenastkę w składzie:
Nazuet - Sarasola, Blanco, Corral, Garmendia - Caneda - Garro, Agustin - Mujika, Mono, Lambarri

Tylko pierwsza połowa tego spotkania była warta uwagi. Głównie ze względu na hat-trick Mujiki, a także trafienia dwóch pozostałych napastników. Po przerwie zmieniłem cały skład (oczywiście oprócz bramkarza), ponieważ słaniali się na nogach. W drugiej połowie nie padła żadna bramka Nie wydarzyło się również nic wartego choćby w zmianki. Presezon możemy uznać za rozpoczęty. Udanie.
CD Mirandés 5:0 Gijón Industrial (3x Mujika, Mono, Lambarri)
- Teraz już poleci z górki - mruknął Humberto, gdy po skończonym meczu schodziliśmy do szatni. Nawet nie przypuszczałem, że może się tak bardzo pomylić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz