piątek, 21 września 2012

Z zemsty #8

Zaledwie trzy dni później musieliśmy spełnić warunki głupawej umowy i zagrać z naszym klubem partnerskim,
CD Numancią. Rywal był zdecydowanie lepszy, a my nie weszliśmy jeszcze w okres przygotowawczy, nie mówiąc o sezonie. Tym niemniej chłopaki spięli poślady i zagrali naprawdę dobry mecz, pechowo przegrywając 1:2. Do siatki wyżej notowanych rywali trafił Mono.
Dzień po tym spotkaniu w naszym klubie pojawił się w celu podpisania kontraktu nowy zawodnik. Nazywał się Bruno Costa, był Portugalczykiem i miał nas uratować od kompromitacji w razie kontuzji Nauzeta.
Przed meczem z Cultular Leonesą, rozwiązał się natomiast problem zmienników na środek obrony. "Na telefon" udało się załatwić Berto, pryszczatego nastolatka posiadającego potencjał mniej więcej taki jak Blanco i Corral razem wzięci. Wypożyczyliśmy go ze Sportingu. Póki co Puyolem nie był, lecz obiecałem sobie, iż będę mu dawał jak najwięcej szans. Natomiast w sprowadzeniu za darmo Martina Diaza(nie mylić z Juniorem) pomógł mi Hector, którego po cichu zacząłem podejrzewać o pozamałżeńskie spłodzenie tegoż Martina. Powiedziałem, że za darmo? Ach tak racja, trzeba mu było za bilet lotniczy zapłacić.
W między czasie zagraliśmy jeszcze trzy sparingi, które były tak nudne, iż w ogóle nie powinienem o nich wspominać. Kronikarski obowiązek jednak każe:

Cultural Leonesa 1:3 CD Mirandés (Iñaki Garmendia, Haritz Mujika, Pablo Infante)
Lleida Esportiu 1:5 CD Mirandés (Ander Lambarri, Haritz Mujika, Natxo Garro, Mikel Iribas, Ramón Borrell)
Lealtad 0:4 CD Mirandés (Natxo Garro, Álvaro Corral, Ander Lambarri, Martín Díaz)

Aż nadszedł dzień ligowego debiutu z G. Do boju posłałem jedenastu moich Spartan:
Nauzet - Iñaki Garmendia, Berto , Álvaro Corral, Iñigo Sarasola - César Caneda - Mikel Martins (k), Natxo Garro - Haritz Mujika, Ander Lambarri, Mono

Mecz zaczął się dla nas dobrze. Rozgrywaliśmy płynne akcje i kreowaliśmy sytuacje bramkowe. W 14 minucie Mujika przyjął na prawym skrzydle podanie od Martinsa. Ściął do środka, minął zwodem rywala, przekraczając linię środkową. Hartiz zagrał prostopadłą piłkę do Lambarriego, który wyskoczył zza obrońców na pełnym gazie i popędził z futbolówką w stronę bramki. Wyszedł sam na sam z bramkarzem.
- Nie trafi - mruknął Humberto.
Lecz Ander tego dnia był w formie i bramkarz drużyny przeciwnej nie miał nic do powiedzenia wobec płasko uderzonej piłki, która zatrzepotała w siatce. Wyskoczyłem z ławki i przybiłem piątkę Humberto, a kilku rezerwowych przyjacielsko poklepałem po tyłku. Czułem się jak Maradona.
Po strzelonej bramce mecz się zaostrzył. Po jednym z brutalnych wślizgów z boiska znieśli Martinsa, a ja posłałem w bój Arroyo. Mujika szedł do środka pola. Z ulgą odebraliśmy gwizdek kończący pierwszą połowę.
W drugiej było jeszcze ostrzej i jeszcze nudniej. W efekcie sędzia poczęstował graczy obydwu drużyn łącznie 10 żółtymi kartkami. 1:0 udało się dowieźć do końca.

Segunda Division Grupa 2 [1/38]
Guijuelo 0:1 Mirandés (Lambarri)
MoM: Jonathan 7.6(Gujiuelo)

czwartek, 20 września 2012

Do tomiku

Kolejne dwie pozycje.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Atlantis
Każdy ma swoją Atlantydę
krainę którą przywołuje przed snem
własną wizję raju
raju utraconego

Obraz ten tkwi w podświadomości
nieustannie brzęczy z tyłu głowy
cały dzień zaś się klaruje
by przed snem był już gotowy...

Wtedy wędrówkę rozpocznij
przemierz boso świat ów daleki
każdy z nas swą ma Atlantydę
aby się tułać po niej przez wieki

Lecz widok się zmienia z rytmem
zim lata rytmem odwiecznym
czasem to to pole zimna pustynia
lecz ty się wszędzie tu czujesz bezpiecznym

Razem z krainą się zmienia muzyka
tak nieodłącznie z tym rajem związana
to słodkie na lutniach brzdąkanie
gdy na hamaku sączysz szampana

setki dźwięków
tak harmonijnie ze sobą połączone

a jeśli nie masz swego Atlantis
skieruj swe kroki w sypialni stronę


11.07.2012

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Stary zegarmistrz

W starej pracowni biją zegary
zbudził się ze snu zakurzony ich mistrz
jego udręki nie zna nikt miary
nie skrócił mu męki, jeszcze nie dziś

odpocząć mu nie dał jeszcze nie dziś,
świata i światła wielki zegarmistrz

Więc wraca do pracy, nakręca zegary
każdy z nich chodzi inaczej, jak chce
i co raz to jeden burzy ciszę

Nie skończy swej pracy
zegarów jest tysiąc
nie zdoła ich nakręcić
przez sto lat, mogę przysiąc

Więc kręci i kręci, miarowy wciąż ruch
a serce zegarów wciąż biją buch buch

odpocząć mu nie dał jeszcze nie dziś,
świata i światła wielki zegarmistrz

Tę starą balladę
powiedział mi raz
Szwed w starej pracowni
gdzie zatrzymał się czas

17.09.2012

wtorek, 18 września 2012

Z zemsty #7

***
Wraz z dniem, który miał rozpocząć nasz okres przygotowawczy przestałem pić. Po dłuższym namyślę, postanowiłem tu ściągnąć co najmniej dwóch "moich" ludzi, mających uzupełnić nasz sztab. Odpaliłem więc fejsbuka i odnowiłem znajomość z kimś ze Starego Kraju. Humberto, konkretnie Humberto Ortiz -  człowiek dzięki któremu zdobyłem wiele wiedzy taktycznej. To on wprowadził mnie w tajniki przetrwania w urugwajskich tawernach. Poza tym był świetnym towarzyszem, a w czasach gdy byłem butnym młodzieniaszkiem zawarliśmy serdeczną przyjaźń, mimo że był ode mnie wiele starszy. W CD Mirandés będzie moim asystentem. Jestem przekonany, iż jego rady będą przydatne.
Z tego samego samolotu, po który podjechałem wraz z klubowym kierowcą, wysiadł Hector Fabio Cruz - dobry znajomy Humberto, podobno doskonały lekarz. Za taką tygodniówkę w całej Hiszpanii nie udało by się znaleźć kogoś choćby w połowie tak dobrego jak on. Co mnie cieszyło, Hector zabrał pełną apteczkę. Przyjechał z Kolumbii. Już mnie ręce świerzbiły.

Na zebraniu ze sztabem szkoleniowym, do którego dołączyło jeszcze czterech miejscowych specjalistów, ogłosiłem pełną mobilizację. Premia dla tego, co znajdzie nam lewego obrońcę. Gdy spojrzałem na twarze naszych dwóch scoutów, zorientowałem się, iż poprzedni menedżer miał inne zwyczaje. Czułem, że pozyskuje sobie wierny sztab.

Nasi zwiadowcy chyba mieli sporą motywację do pracy, bo Jose Antonio już po tygodniu wleciał do mojego gabinetu w tempie finiszującego Usaina Bolta.
- Mam go szefie, mam go! - wysapał.
- Kogo?
- Obrońcę. Lewego. Gra w Leganes. 23 lata. Agresywny, szybki, potrafi odebrać.
- A jego imię to?
- Arturo. - rzekł mój scout, po czym rzucił mi na biurko raport o zawodniku.
Z niemałym zaciekawieniem przejrzałem. Gracz naprawdę był warty grzechy, gdyby nie cena. Już miałem westchnąć, lecz nie pozwolił mi na to mój drugi scout, Carlos Ballesta. Ten z kolei wpadł w tempie Robbiego Blake'a.
- Mam go szefie!
- Kogo?
- Obrońcę. Lewego. Nie gra nigdzie. Chce grać dla nas!
- Raport! - warknąłem, zirytowany użeraniem się z tymi dwoma szperaczami z Bożej łaski.
Carlos posłusznie podał mi plik papierów, traktujący o Iñigo Sarasoli. Ballesta donosił, iż mamy do czynienia z młodym, całkiem szybkim oraz dobrze przygotowanym technicznie i mentalnie zawodnikiem. Co najważniejsze, był za darmo.
- Przykro mi Jose. - powiedziałem smutnym głosem - chyba nową pralkę kupi sobie Carlos.
***
W ten sposób zespół został załatany i od tej pory naszą piętą achillesową miał być zmiennik Nazueta. Zmiennik, którego póki co nie było. W takim składzie zaczęliśmy przygotowania.

Zaczęło się od meczu z drużyną o klasę gorszą, a więc Gijón Industrial. Do boju posłałem jedenastkę w składzie:
Nazuet - Sarasola, Blanco, Corral, Garmendia - Caneda - Garro, Agustin - Mujika, Mono, Lambarri

Tylko pierwsza połowa tego spotkania była warta uwagi. Głównie ze względu na hat-trick Mujiki, a także trafienia dwóch pozostałych napastników. Po przerwie zmieniłem cały skład (oczywiście oprócz bramkarza), ponieważ słaniali się na nogach. W drugiej połowie nie padła żadna bramka Nie wydarzyło się również nic wartego choćby w zmianki. Presezon możemy uznać za rozpoczęty. Udanie.
CD Mirandés 5:0 Gijón Industrial (3x Mujika, Mono, Lambarri)
- Teraz już poleci z górki - mruknął Humberto, gdy po skończonym meczu schodziliśmy do szatni. Nawet nie przypuszczałem, że może się tak bardzo pomylić.

poniedziałek, 17 września 2012

Z zemsty #6

Oto, co przeczytałem:

BR:
Nauzet (ESP, 26)
Adrian (ESP, 23)
Tragedia. Jeśli chodzi o Nauzeta, to nic nie umie, ale ma nieprawdopodobnego farta. Mam nadzieję, że na tym farcie dojedziemy do Ligi Adelatne. Adriana nie chcę widzieć na oczy. Gdybym miał go wystawić na bramce, to już bym wolał mokry ręcznik powiesić. Sprzedać. Jak nikt nie będzie go chciał, odstrzelić.
Wniosek: Potrzebujemy bramkarza, choćby na rezerwę.

OL:
Ernesto (ESP, 21)
Od tych tobołków ze sztabu same ochy i achy jaki to ten Ernesto perspektywiczny, jaki miły chłopak, a jak ładnie śpiewa...
Banda gejów. Może i perspektywiczny, ale póki co nic nie umie.
Wniosek: Potrzebujemy obrońcy, który nam zagra cały sezon.

OŚ:
Aitor Blanco (ESP, 34)
Álvaro Corral (ESP, 28)
Obaj strasznie drewniani, ale na Segundę wystarczą. W gruncie rzeczy fajne chłopaki. Trochę powolni. Na pierwszym treningu Alvaro nie mógł znaleźć gumki do lewej getry. Twierdził, że ktoś mu zajumał. Ale nie mam mu tego za złe. W międzyczasie wypiłem flaszkę, którą przyniósł Aitor. Miły gest. Chyba liczył, że się podzielę. No cóż, pewne miejsce w klubie powinno mu zrekompensować to rozczarowanie.
Wniosek: Potrzebujemy zmienników. MŁODYCH zmienników.

OP:
Raúl García (ESP, 35)
Mikel Iribas (ESP, 23)
Iñaki Garmendia (ESP, 29)
Niby najlepszy jest Garcia, ale w pierwszym składzie zagra Garmendia, żeby nie było, że "młodzieży" nie zapewniam dobrego startu. Garmendia jest technicznie zaawansowany nieco bardziej niż kołek. Za to w młodości chyba kradł zegarki z bazarów. Dlatego potrafi szybko i przez długi czas uciekać biegać. Potrafił też kryć kolegów przed policją.
Wniosek: Iribas na sprzedaż. Nie będzie kupców, to na pluton egzekucyjny z Adrianem.

DP:
César Caneda (ESP, 33)
Mikel Martins (ESP, 28)
José Ángel (ESP, 19)
Mikel będzie kapitanem, bo umie grać jako jeden z niewielu, a ponadto jest łysy. W młodości cyganka mówiła mi, że drużyny z łysymi kapitanami są cool i wygrywają. To chyba wystarczy, no nie? Póki co, będzie grał Caneda, który potrafi też stać jako stoper, bo Martins cierpi na ból czegoś tam i nie chce trenować.
Co do Jose Angela, to od starszyzny dowiedziałem się, iż jest gejem. Normalnie bym odstrzelił, bo u nas w kraju nie uznajemy tutejszej tolerancji. Na szczęście został wypożyczony. Niech więc wraca skąd przyszedł i psuje atmosferę gdzie indziej.
Wnioski: Nie mam zastrzeżeń, o dziwo.

PŚ:
Natxo Garro (ESP, 30)
Iván Agustín (ESP, 32)
Naxto to miły gość i wraz z Martinsem potrafią grać. On musi koniecznie zostać. Trzeba chłopakowi znaleźć jakąś motywację, żeby zaczął biegać dookoła stadionu po treningach. Dlaczego? Bo będzie musiał zagrać koło 40 spotkań w tym sezonie. Bo ja wiem, obrożę mu założyć taką, co to prądem będzie kopać póki nie przebiegnie?
Agustin nie złożył się na flaszkę dla mnie. Poza tym na pierwszym treningu patrzył spode łba. Nie widzę dla niego przyszłości w tym klubie.
Wniosek: Potrzebujemy tu porządnego gracza, co będzie odbierał, asystował i zapierdalał w obie strony przez 90 minut.

NŚ:
Haritz Mujika (ESP, 29)
Mono (ESP, 22)
Ander Lambarri (ESP, 29)
Alain Arroyo (ESP, 29)
Pablo Infante (ESP, 31)
Asier Barahona (ESP, 18)
Niby kłopot bogactwa, bo sześciu napastników. Gówno prawda. Zamierzam grać trzema. Haritz to topowy gracz jak na tę ligę. Mógłby tylko częściej strzelać. U mnie będzie miał za zadanie raczej asystować. Czasem "urwać" z dystansu. Z kolei seryjnie gole ma strzelać nasza perełka, Mono. Nie wiem skąd taki gracz w tak słabym klubie.
Trzecim będzie pewnie Lambarri, bo to kawał chłopa, a takie samo nazwisko miała jedna z moich kochanek w Argentynie.
Arroyo byłby świetny, lecz Matka Natura obdarzyła go zezem i czasem zdarzy mu się bramki pomylić. Póki co rezerwowy, gdy zacznie prosić o pieniądze na okulistę, to się go sprzeda.
Infante jest miły, ale nie umie grać. Pić za to potrafi, wystarczy spojrzeć mu w twarz. Głęboko pragnę, aby trafili się jelenie, którzy go zechcą.
Barahonę natomiast odstrzelił bym z miejsca, ale mam sumienie i dzieci nie zabijam. Na sprzedaż.
Wniosek: Trzeba będzie kogoś kupić za pieniądze uzyskane ze sprzedaży tamtych. Barachła trzymać w zespole nie będę.


PS.
W zespole jest jeszcze trzech skrzydłowych, mianowicie:
Antxon Muneta (ESP, 25)
Ramón Borrell (ESP, 30)
Tato (ESP, 30)
 Sprzedaj ich, kochany Prezesie, bo nie są mi potrzebni. Będziemy grać środkiem. Borrell to ponoć jakaś Wasza gwiazdeczka. Jeśli będzie się stawiał, pogadam z nim po mojemu.
Gdy skończyłem czytać byłem oszołomiony tą tyradą. Czułem się zniesmaczony, bo od raportu niemal biło alkoholem, którego nienawidziłem od dzieciństwa. Oczywiście nie dałem niczego po sobie poznać. Przed lufą człowiek szybko się uczy.

niedziela, 16 września 2012

Z zemsty #5


***
Całe życie wierzyłem, że ciężko i sumiennie pracując, będąc uczciwym wobec siebie i innych można zbić niewielki majątek, aby żyć w spokoju i dobrobycie razem z rodziną. Do tej pory, dzięki Bogu, mój żywot był pasmem małych sukcesów. Pochodziłem z ubogiej rodziny. Matka tyrała jak wół. Jakimś cudem udało jej się też wychować całą naszą piątkę na porządnych ludzi.
Mama zapewniła mi edukację, lecz na studia musiałem zarobić sobie sam. Skończyłem zarządzanie. W międzyczasie pracowałem w kebabie, oferowałem kredyty przez telefon, robiłem inwentaryzację po nockach w supermarketach i wiele, wiele rzeczy. Cały czas odkładałem ile się dało.
Dzięki takiemu zaciskaniu pasa w wieku 30 lat otworzyłem własną firmę. Początki były ciężkie, ale udało się wyjść na prostą. Pięć lat później poznałem moją żonę. Dopiero 3 lata po naszym ślubie interes rozkręcił się na tyle, abym mógł poświęcić więcej czasu rodzinie. Gdy miałem 42 lata urodził się mój syn.
Niestety, mama nie dożyła mego dobrobytu. Umarła tuż po moim ślubie. Ostrzegała mnie przed pracoholizmem. Ja jednak postawiłem sobie jasny cel: zostać najmożniejszym przedsiębiorcą w Mirandzie nad Ebro, moim rodzinnym mieście.
Odkąd zostałem prezesem CD Mirandés poczułem, że osiągnąłem swój cel. Żyłem zamożnie, w domowym zaciszu, otoczony powszechnym szacunkiem, w zgodzie z Bogiem i ludźmi. Codziennie jednak urzędowałem w swoim biurze. Praca stała się tak nieodłącznym elementem mojego życia, że bez niej byłem chory. Jestem pracoholikiem i od 32 lat nie miałem urlopu na własne życzenie.
Wszystko zmieniło się, gdy pojawił się ten bezczelny gówniarz z Ameryki Południowej. Pod przymusem podpisałem z nim 2-letnią umowę. Dziś jest menedżerem CD Mirandés i leży rozwalony w moim najlepszym fotelu, popijając moją najlepszą whisky do której co chwila przypala moją hawanę. Łajdak. 
Dziś przyniósł coś w teczce. Podobno raport o naszej kadrze.
Nazywam się Ramiro Reveulta i zaczynam się już oswajać z widokiem ciężkiej spluwy, która patrzy mi w oczy nawet, gdy zabieram się do czytania wypocin tego gno... pana Herrery.


poniedziałek, 3 września 2012

Z zemsty #4


Dwa tygodnie po tragicznym zniknięciu Carlosa Pouso oraz tydzień po tym jak parafowałem umowę z klubem, miałem trochę wolnego czasu. Wczoraj piłkarze wrócili z urlopów, a ja poznałem sztab i przyjrzałem się moim podopiecznym, którzy trenowali pod okiem asystenta. W pokoju hotelowym czekał mnie do napisania raport o zespole. Był bardzo wczesny ranek. Wyglądając przez okno widziałem puste ulice. Miasteczko cały czas było pogrążone we śnie, jakby nie zwracając uwagi na intensywnie świecące słońce. Po bruku przewalały się gazety, żwir i szkło. Przypominało mi to niewielkie urugwajskie miasteczka, po których hulałem z kolegami całe dzieciństwo i wiek młodzieńczy. Jednak w przeciwieństwie do tamtego klimatu, nie było tutaj tak wilgotno jak w Nizinie La Platy, przez co upał nie doskwierał, a dla mnie był wręcz przyjemny. Na dworze zapowiadał się piękny, słoneczny poranek. Po tych oględzinach postanowiłem pójść coś wypić. To nie był dobry dzień na pracę.
Długo błądziłem wąskimi uliczkami, chcąc nie chcąc wychodząc na obrzeża. Następnie doszedłem do niewielkiego placu, na którym nie było dosłownie niczego. Tylko żwir. Placyk z jednej strony zamykała jakaś knajpka, stylizowana na starą. Jako że pragnienie mi coraz bardziej dokuczało, udałem się co prędzej we stronę szynku.
W środku panował dziwny nastrój, skłaniający do lenistwa. Może to za sprawą barmana, drzemiącego z łokciem na ladzie, bądź niepozamiataną podłogą lub krzesłami stojącymi na stolikach.
Gdy podszedłem do lady, barman się ocknął i przecierając oczy spytał:
- Co podać?
- Bourbon. Można tu palić? - spytałem wyciągając zapalniczkę.
- Si señor. Skądś znam pana twarz... - zamilkł na chwilę i w zamyśleniu pocierał czoło. Nagle jego oczy zatrzymały się na jakimś punkcie za moimi plecami. - Już wiem! Nowy opiekun naszej drużyny! Miło mi poznać. Jestem Esteban.
- Herrera.
Przez chwilę wpatrywał się we mnie, a ja pociągałem ze szklanki, którą przed chwilą napełnił.
- Jak pan widzi szanse na awans, señor?
- Może przejdźmy na ty. Na imię mam Helenio.
- Helenio? Helenio Herrera? 
- Nie ten - rzuciłem, uśmiechając się z przymusem. Nienawidziłem porównań do Maga Futbolu. Głupia zbieżność nazwisk. Zresztą jak można porównywać mnie, dopiero zaczynającego trenera z szemranym kontraktem z słynnym HH? Nieważne zresztą. Kiedyś jeszcze będę na szczycie.
- To jak z awansem? Catenaccio i do przodu, Helenio?
Zmarszczyłem brwi. Ten grubas na zbyt wiele sobie pozwalał.
- Jakie tam Catenaccio - żachnąłem się. - Będziemy grać ofensywnie. A awans będzie, jeśli tylko prezes pozwoli mi wywalić kilku patałachów z drużyny i ściągnąć lepszych.
- Ech, gdybyśmy wreszcie awansowali. - westchnął, dolewając mi whisky. - My tu wyglądamy tej Ligi Adelante jak Żydzi Mesjasza.
Uśmiechnąłem się ze zrozumieniem. Drużyna z mojego miasteczka też tułała się po dolnych ligach. Zrozumiałem, że kto wywalczy tu awans, będzie królem całego miasta, okolicznych knajp, dyskotek i panienek. To było wyzwanie dla mnie.
Potem rozmowa zeszła na inne tory. Opowiedziałem Estebanowi to i owo o swojej rodzinie, kłamiąc na potęgę. W zamian za to dowiedziałem się o perypetiach przeciętnego hiszpańskiego barmana, który odziedziczył knajpę po ojcu. Miałem już trochę w czubie, gdy postanowiłem wracać do siebie. Wstałem i lekko chwiejnym krokiem ruszyłem w stronę drzwi. Te wszystkie okoliczności - zakurzona podłoga, puste stoliki, a także lokalna gazeta sportowa z moim zdjęciem na okładce, wydały się dziwnie znajome. Wypity bourbon spotęgował efekt, zwany ładnie déjà vu, który łupnął w moją świadomość z siłą ciosu jakim Muhammad Ali kończył walki. Nie wiedzieć czemu, straciłem przytomność. Znalazłem się w innym świecie, podobnym do tego z snów. Ujrzałem trzy cyfry odzielone myślnikami, migające niby neon przed monopolowym. Doznałem oświecenia. Gdy otworzyłem oczy pochylała się nade mną zgrabna brunetka z rudymi pasemkami i zatroskanym wyrazem twarzy.
- Nic Ci nie jest?

sobota, 1 września 2012

Z zemsty #3


Jak już powiedziałem, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Takie rozmyślania snułem rozparty w wygodnym fotelu, paląc wonną hawanę. Na fotelu, równie wspaniałym jak ten w którym się rozwaliłem, siedział - a raczej przycupnął opasły, pięćdziesięcioletni mężczyzna. Ramiro. Nazywał się Ramiro.

Pięćdziesiąt cztery lata temu, być może w podobnym gabinecie, a nawet w podobnym fotelu siedział człowiek, który nazywał się dokładnie tak samo jak ja, trzymał w szachu prezesa Blaugrany. Człowiek ten został nazwany potem Magiem Futbolu. Być może stąd prowadzi droga do sławy i nieśmiertelności? Kto wie? Los to przeklęty figlarz, który ironicznie zaśmiewa się w twarz każdemu kto czuje się kowalem własnego losu.

- Nie wiesz zapewne, kim jestem. - odezwałem się do zastraszonego krawaciarza.
- Nie - odezwał się cicho.
- A pseudonim Hombre, może on ci coś mówi?
- Tak się nazywał człowiek, który zamordował mojego dziada i jego brata.
- Doskonale. To był mój dziadek. Wiesz, co było motywem tego morderstwa?
Ramiro milczał.
- Motywem - zacząłem podnosząc się z krzesła - była zemsta. Jestem podobny do mojego dziadka. Gdy on wymierzył sprawiedliwość twemu dziadowi, nie należało robić z tego powodu międzynarodowej nagonki. To był błąd. Powinniście pamiętać, że tacy jak my nie zapominamy. Ani nie darujemy.
Wpatrzyłem się w jego oczy, chcąc dojrzeć jakie wrażenie zrobiła na nim moja przemowa.
Beretta M9, patrząca mu prosto w oczy, zrobiła lepsze.
- Nie zabiję cię teraz. To by było za proste. Mam cię zabić, żeby potem tułać się po Ameryce Południowej spieprzając przed Interpolem? O, nie. Wyciągaj papier i pisz.
Ramiro posłusznie wyciągnął papier firmowy. W prawym górnym rogu błyszczał herb. Błyszczał intensywną, krwistą czerwienią.