piątek, 31 sierpnia 2012

Z zemsty #2

Następnego dnia każdy, kto wszedłby do oberży pod Wesołym Wisielcem, obowiązkowo zobaczyłby postać przypominającą kowboja. Wśród stolików, z których nie zostały jeszcze zdjęte krzesła, przewalały się niedopałki oraz tłuczone szkło. Noc, spędzana tu jak każda inna pozostawiła po sobie ślady. Tłusty barman drzemał oparty o blat, budząc się tylko aby podać następną butelkę. Średnio co 15 minut. Całkiem niezły wynik, biorąc pod uwagę, że klientów miał dwóch.

 Ów kowboj, a był nim oczywiście Hombre, opierał się o szynkwas i tęgo pociągał z butelki, robiąc sobie co chwila przerwy, aby paść z rozdzierającym serce szlochem w ramiona swojego kompana. Kompan, podobny oryginał jak Hombre, sam był już ostro pod gazem.

 - Powiedz mi Pedro, dlaczego? Jak sobie pomyślę, że oni tam leżą i już nigdy nie będą mogli oddychać... Zabiłem ich, k***a! - wykrzyknął, po czym zadrżał i zaśmiał się histerycznie. Po chwili rozglądał się za czymś co mogłoby przerwać drżenie i ukoić rozpalone sumienie. W końcu machnął ręką i przechylił butelkę.

 - To cholerne skurwysyństwo zabić człowieka, Hombre. Ale Ty musiałeś. Musiałeś, bo przysiągłeś. Dokonałeś zemsty. Tak sobie myśl.

 - Nie mogę z tym żyć. - Hombre poderwał się gwałtownie z krzesła. - Muszę stąd uciec, wyjechać. Podjąłem decyzję, Pedro. Wyjeżdżam.

 To mówiąc, zaczął się zataczać w stronę drzwi. Pedro niespiesznie wstał z krzesła i zaszedł go od tyłu, zmieniając nieco chwyt na trzymanej w prawej dłoni butelce. Z pełnym spokojem zdzielił nią Hombre po głowie, a potem troskliwie złapał nieprzytomnego, ratując go przed upadkiem na podłogę. Doholowawszy go do baru, usadził na krześle. Barman, usłyszawszy trzask rozbijanej butelki leniwie podniósł lewą powiekę.

 - Zapił - rzekł uspokajająco Pedro, odpowiadając na pytające spojrzenie barmana.

 Szynkarz zamknął powiekę i pogrążył się we śnie.
***

I właściwie tyle wiem o drodze życiowej mojego dziadka. Po opisanych zdarzeniach uciekł do Urugwaju, gdzie niedosięgła go hiszpańska jurysdykcja. Tam urodził się mój ojciec. Potem był jeszcze przemytnikiem kokainy z Kolumbii do brazylijskich slumsów, gdyż rząd Kolumbii respektował hiszpański list gończy. Następnie pomagał peruwiańskim archeologom w badaniu Machu Picchu. Przez pół roku dłubał pędzelkiem w piasku, aby wreszcie mieć okazję i sprzątnąć jednego z badaczy. Jak się bowiem okazało, babcia poleciała na archeologa.
 Po przekroczeniu swego półwiecza dziadek ustatkował się, zmienił nazwisko i osiadł na wsi, pasąc nielegalnie krowy na państwowych terenach. Bowiem urugwajski rząd również zaczął poszukiwania bandyty znanego pod pseudonimem Hombre.
 Ojciec, tak jak ja, urodził się w Urugwaju. Matka jest Włoszką, a ja mam dwa obywatelstwa.
 Opowiadam to, abyście zrozumieli kim był mój dziadek i czym się w życiu kierował. On wszystko robił z zemsty.
 Tak jak mój ojciec.
 Jestem nieodrodnym synem mego ojca i wnukiem mojego dziadka.
 A nazywam się Herrera. Helenio.

środa, 22 sierpnia 2012

Z zemsty #1


Literackie wprawki.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Księżyc ponuro wychodził zza chmur na gwieździste, hiszpańskie niebo nadając całemu widowisku jakiejś potwornej i mrocznej atmosfery. Na tle ciemnobłękitnego nieba mocno odcinał się niewesoły łuk białej, marmurowej bramy stojącej w niejakim oddaleniu od takich samych, marmurowych ruin opuszczonego miasteczka. Niewesoły, bo pośrodku łuku, na misternie zawiązanej linie założonej na szyję znajdował się jakiś nieszczęśnik. To, że jeszcze żył zawdzięczał drugiemu nieszczęśnikowi, którego ramiona robiły za prowizoryczną beczkę lub stołek wytrącany spod stóp wisielca. Obaj mieli związane za plecami ręce. Twarz wisielca - około pięćdziesięcioletniego letniego, opasłego i nalanego mężczyzny, wyrażała przerażenie. Przypadkowy obserwator zdziwiłby się, gdyby spojrzał i porównał fizjonomię Jeszcze Nie Powieszonego oraz jego Podpory. Były w zasadzie identyczne, chociaż gęba Podpory była mniej nalana. A więc los postawił w tak trudnej sytuacji dwóch bliźniaków.

Inaczej natomiast przedstawiały się sylwetki niedoszłych morderców, w liczbie trzech. Dwaj z nich stanęli w bramie, po dwóch stronach skazanych, opierając się o łuk. Natomiast trzeci, około dwudziestokilkoletni, postawny mężczyzna - widocznie szef pozostałych - stał naprzeciwko Podpory w bezpiecznej odległości trzech metrów, cały czas wpatrując się we niego zimnym, prawie stalowym spojrzeniem jasnoniebieskich oczu. Każde drgnienie Podpory powodowało rozpaczliwy taniec brata, próbującego powstrzymać zaciskającą się przy każdym ruchu linę. Uwiązany niemal kurczył się pod owym wzrokiem. Nic dziwnego. Cała ta twarz była z rodzaju tych, które pozostają w pamięci. Spod ronda czarnego, typowo kowbojskiego kapelusza, wystawały mocno kręcone włosy. Powagi dodawał potężny, orli nos. Ciemna karnacja zwiastowała gorący, południowy temperament. Na obliczu tym uważny obserwator zauważyłby jednak znamiona złośliwości, które nie pozwalały wątpić kto jest pomysłodawcą tego jakże oryginalnego planu egzekucji dwóch wrogów na raz.
Określenie "typowy Latynos" pasowało jak ulał do dwóch pozostałych. I to wszystko co można o nich powiedzieć.

Jeden z nich leniwie przeciągnął się i splunął z wprawą.
- Hombre, pora kończyć. - powiedział zwracając się do szefa.

Hombre niespiesznie sięgnął do płaszcza i wyjął z niego paczkę zapałek oraz duże cygaro. Odgryzłszy końcówkę zaczął je przypalać, używając zapałki. Upuścił ją na ziemię, gdy wypalając się sparzyła mu palce. Po wargach krążył mu jakże wymowny uśmieszek.

- Zanim skończymy, tu obecnym dżentelmenom należy się parę słów wyjaśnienia - rzekł, siląc się na niedbały ton. Odwrócił się do Podpory ze złym błyskiem we oku - Zginiecie bo spowodowaliście śmierć moich rodziców.

Po czym zaciągnął się cygarem.
Nieliczne chmury przeciągały przed będącym we pełni księżycem, niczym pułki przed hetmanem podczas inspekcji wojsk. Panowała cisza, gdy wtem znad pobliskiego jeziora odezwał się klangor żurawi - krzyk pełen tęsknoty, żalu i bólu. Krzyk tak rozpaczliwy, że trzeba go usłyszeć, aby zrozumieć jego sens. Wstrząsnął on chłodnym jak na hiszpańskie warunki powietrzem i skończył się równie nagle jak się zaczął. Zapadła cisza. Okoliczne ruiny wstrzymały oddech.
Hombre wyciągnął rewolwer. 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Niech płonie

Uważaj na swój żar
jesteś jego strażnikiem
dbaj by tlił się -
gdzieś gdzie spotyka się serce z duszą -
aby gdy trzeba dolać doń łatwopalnej adrenaliny

wystrzegaj się jednak suchej słomy codziennych utrapień
ona płonie krótko lecz zbyt gwałtownie
strzeż się aby nie wypaliła twojej radości
bo radość to jest twoim skarbem

nie daj stłumić swego ognia
niech płonie, płonie spokojnie
nie duś w sobie płomieni
to nic nie da
może za to spalić cię od środka

dbaj o swój gniew
bo gniew jest owym żarem
lecz nie pozwól aby cię strawił
bo nadejdzie dzień, gdy będzie on potrzebny.

Warszawa, dnia 20.08.2012 r.

środa, 15 sierpnia 2012

Przy okazji święta

Dzisiaj, dnia 15 sierpnia roku pańskiego 2012 obchodzimy podwójne święto, które w przedziwnych dziejach narodu polskiego jest ze sobą trwale połączone. Mowa tu o Wniebowzięciu NMP i rocznicy, już dziewięćdziesiątej drugiej, zwycięskiej dla Polaków Bitwy Warszawskiej, znanej szerzej pod nazwą Cudu nad Wisłą. Można by długo pisać o bohaterstwie polskich żołnierzy, o związanych z tym wydarzeniem bohaterach, choćby o księdzu Ignacym Skorupko. Jednak dziś nie zabraknie na pewno głosów w tej tonacji, ja natomiast chciałbym skupić się na czymś innym.
Mianowicie postanowiłem zafundować Wam, drodzy Czytelnicy, którzy - jak głęboko wierzę - istniejecie, trochę prawdy historycznej.

Chodzi tu mianowicie o rolę lidera frakcji rewolucyjnej Polskiej Partii Socjalistycznej w owych wydarzeniach, czyli nikogo innego jak marszałka Józefa Piłsudskiego. Istnieje dużo hipotez potwierdzonych wieloma dokumentami na temat jego działalności agenturalnej podczas I Wojny Światowej, ale gwoli ścisłości powiemy sobie dziś o tym, w jaki sposób marszałek przywłaszczył sobie zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej, komu tak naprawdę je zawdzięczamy oraz co stało się później z prawdziwymi ojcami tego sukcesu.

Otóż marszałek Józef Piłsudski dnia 12 sierpnia 1920 roku, złożył na ręce premiera Witosa rezygnację ze stanowiska Naczelnego Wodza. Premier, kierując się rozsądkiem i troską o morale żołnierzy zachował w tajemnicy ową dezercję marszałka przed najważniejszą bitwą. Ponadto, Piłsudski na pytanie Witosa "Cóż mam teraz zrobić?" miał odpowiedzieć "Co Pan uważa za słuszne". Natomiast istnieje podobno(podobno, gdyż w internecie nie mogłem tego nigdzie znaleźć) wpis z ksiąg parafialnych mówiący o tym, że dnia 15 sierpnia roku pańskiego 1920, Józef Klemens Piłsudski podawał do chrztu syna Stefanii i Stanisława Minkiewiczów w Puławach, a więc 112 km od bitwy.

Natomiast zwycięstwo zawdzięczamy wojskowemu geniuszowi generała Rozwadowskiego, który nawet o tym nie wiedząc, po rezygnacji Piłsudskiego został szefem Sztabu. On to wygrał tę bitwę, czego dowodem są chociażby podpisy pod wszystkimi rozkazami.

Cóż jednak się stało z generałem, a także z pozostałymi członkami sztabu po bitwie?

Podczas przewrotu majowego, będącego w rzeczywistości zamachem stanu, gen. Rozwadowski został dowódcą obrony Warszawy przed zwolennikami marszałka, których traktował jako zwykłych buntowników. Niestety, z powodu liczebnej przewagi buntowników, nie udało się obronić legalnego rządu i władzę przejął Piłsudski. Nie omieszkał on rozprawić się z generałami: Rozwadowskim, Zagórskim, Jaźwińskim i Tarnawa-Malczewskim, osadzając ich w więzieniu w Antokolu. Oficjalnie za przestępstwa natury kryminalnej, nieoficjalnie zaś powodem uwięzienia generała Rozwadowskiego miała być wypowiedź marszałka: "Bo Bitwę warszawską wygrałem ja"

Po wyjściu z więzienia, w którym panowały bardzo ciężkie warunki, generał podupadł na zdrowiu i wkrótce zmarł. Istnieją dowody na to, że będąc w areszcie został otruty pokrojonym włosiem końskim, co spowodowało owrzodzenie jelit. Ówczesne władze zabroniły wykonania sekcji zwłok.

Niestety, dobre imię wielkiego dowódcy, jakim niewątpliwie był Tadeusz Rozwadowski jest nadal szkalowane. W filmie Jerzego Hoffmana "Bitwa Warszawska 1920" wszystko zostało postawione do góry nogami, a szczytem bezczelności i fałszu jest scena, w której marszałek przedstawia swój(de facto Rozwadowskiego) plan ataku na tyły wojsk bolszewickich, a generał Rozwadowski tchórzliwie pyta: "Panie Marszałku, czy to nie zbyt wielkie ryzyko?" Po obejrzeniu tej sceny miałem ochotę wyjść z kina.

Szkoda, że obchody tego zwycięstwa nie są obchodzone choćby tak hucznie jak rocznica wyrżnięcia elit intelektualnych i zburzenia Warszawy, czyli obchody 1 sierpnia. Mam tylko nadzieję, że dzisiejsze święto nie przysłuży do podsycania klimatu antyrosyjskiego. O tym jak ważne są w dzisiejszych czasach stosunki polsko-rosyjskie będzie kolejny tekst.

Cześć i Chwała Najświętszej Maryi Pannie i bohaterskim Obrońcom Warszawy przed bolszewicką zarazą!

czwartek, 2 sierpnia 2012

Polak Węgier...

W ostatnich czasach coraz częściej słyszy się popularne powiedzenia "Polak, Węgier dwa bratanki i do szabli, i do szklanki". Także więcej ludzi zaczyna sobie uświadamiać jak trwale połączone są nasze losy z ludem zamieszkującym Siedmiogród. Z tego powodu cieszy się moje serce i raduje się duch mój. Wydaje mi się jednak, że na przyjaźni Polsko-węgierskiej tkwi pewna zadra. Dopiero niedawno, po wysłuchaniu spotkania z autorem "Baśni jak niedźwiedź" pochyliłem się nad tym przysłowiem i odkryłem, przynajmniej tak mi się zdaje, jego drugie dno. To tyle tytułem wstępu. Nie mieszkając, idźmy dalej.

Nie znam genezy powstania tego przysłowia, ani momentu, w którym dostało się do potocznej mowy. Nie zamierzam pozować na proroka, objawiającego maluczkim jedyną prawdę. Nie. Po prostu chcę podzielić się z Wami - o ile ktoś w ogóle dobrnie do końca tekstu - moimi przemyśleniami.

Cała rzecz, co może wydawać się całkiem logiczne, ma podłoże historyczne. Przenieśmy się więc do wieku XVI, do czasu panowania Zygmunta Starego, mylnie nazywanego przez niektórych historyków Złotym Wiekiem. Otóż król ówczesnego Królestwa Węgier, Ludwik II, był bratankiem Zygmunta Starego.
Pierwsze skojarzenie przeciętnego Polaka, który jak wiemy z pewnej reklamy - nie istnieje, z Zygmuntem Starym to Hołd Pruski. Wydaje się on być momentem tryumfalnym, zwycięskim. Nic z tych rzeczy.
Albrecht Hohenzollern, ostatni w Prusach wielki mistrz zakonu krzyżackiego, przeszedł na wyznanie luterańskie. Zatem Zygmunt Stary, przyjmując od niego hołd lenny, wyraził zgodę na powstanie państwa luterańskiego graniczącego z Rzeczpospolitą. Tym samym ród Hohenzollernów i nie zlikwidował tego wrzodu na dupie całej Europy.

Co ma jedno do drugiego, zapytacie. Kto pyta nie błądzi. Ech, przecież miałem porzucić idiotyczny ton wypowiedzi mentora i Jaśnie Oświeconego. Wybaczcie, jeśli dotarliście do tego momentu, z tego miejsca już wam gratuluję.

Otóż uznanie hołdu lennego było pieczęcią pod zdradą Ludwika II przez Zygmunta. Zaowocowało to rok później bitwą, skutkiem czego było zlikwidowanie Królestwa Węgier. Królestwa, które los dziwnie związał na stałe z naszymi losami.
Polak Węgier dwa bratanki.
Pozostaje tylko mieć nadzieję, iż w tym jednym wypadku wypniemy się na historię i zaczniemy budować z Węgrami wspólny front działań. Podszyty nie knowaniami, a prostą, lecz jakże wierną i prawdziwą, braterską miłością.